SZARY ŚWIT

autor Łukasz Czeszumski

fragment

 

KREW W DESZCZU

Smog gęstniał nad milionami istnień, walczących o przetrwanie na ulicach i w budynkach Castlinga City, największej metropolii świata. Miasta wybudowanego na sztucznej wyspie, wciąż atakowanej wściekłymi, czarnymi falami północnego Atlantyku. Wiatr znad oceanu przewracał śmiecie na ulicach, szarpał łachmanami drzemiących niespokojnie bezdomnych, wciskał się w oczy i gardła przechodniów drapiąc i dusząc. Uderzał gwałtownie i niespodziewanie, jakby chciał oczyścić ulice z ludzi, wydmuchać ich wszystkich do morza. Wzniósł się ponad plątaninę ulic i zaułków, ponad centra handlowe i betonowe kadłuby fabryk, i bił w grube mury korporacyjnych wieżowców. W kuloodporne, hermetyczne szyby, w szare niewzruszone ściany.


Być może ktoś za jedną z tych pancernych szyb spoglądał właśnie w dół, drwiąc z wysiłków wichru, i oglądał moloch pod zadymionym niebem, sterczący żelazem kominów. Być może ten ktoś wiedziałby, że tam, w dole, wciąż toczy się walka. Wraz z nią toczy się życie, w odwiecznym cyklu zniszczenia i odradzania. Niezauważalnie z takiej odległości, ale jakże namacalne z bliska. Im bliżej, tym bardziej wyraźne. Tym bardziej jadowite, dzikie, drapieżne, bolesne.


Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się normalne i spokojne. Aż do znudzenia. Ale walka wciąż trwa. Walczą różne strony, różne są cele tej walki, różne wyniki. Nikt nie ogarnie całego konfliktu. Nieliczni znają jego fragmenty...


Na Corsec street, w głębi wąskiej uliczki, niemal tuż pod oknem pokoju, w którym jakaś dziwka w hiper-ekspresowym tempie zaspokajała napalonego klienta, odbywała się krwawa rozprawa. Kilkanaście młodych postaci ścierało się w walce na śmierć i życie, klnąc i wrzeszcząc, strzelając z rewolwerów i strzelb, tnąc się i dźgając nożami, tłukąc kijami bejzbolowymi, i rozbijając głowy nieprzytomnych o krawężniki. Eksplozja przemocy, nienawiści, brutalności. Ciosy ze wszystkich stron, wrzask ranionych i umierających, huk wystrzałów. Kilkanaście sekund szału, a potem tupot ciężkich butów uciekających zwyciężców. Wąska uliczka Corsec, zdająca się być czarną krew na chodnikowych płytach, kilka nieruchomych ciał w dramatycznych pozach na ziemi, okropne wycie postrzelonego w brzuch. Roztrzaskane twarze leżące w kałużach.


Krew, krew wszędzie. Płynąca po ulicach i zmieszana z deszczem.


To tylko jeszcze jeden z dni w nieludzkim Castlinga City.


BEZSILNOŚĆ:

To było gdzieś w Europie. Berlin, może Paryż. Nie pamiętał.


Osis opierał się o mur zabazgrany grafitti, i żygał drinkami wypitymi tej nocy. Zachwiał się, i usiadł na asfalcie, gdy znów uderzyła w niego fala mdłości. Pociemniało mu w oczach, zsunął się na kolana, a ręką podparł o chropawą powierzchnię chodnika. Czuł się okropnie. Deszcz lał niemiłosiernie z zadymionego, szarego nieba, woda płynęła zakolami i meandrami ulicy, wpływała też do brudnego, ślepego zaułka, w którym był Osis, rozmywała cuchnącą zawartość jego żołądka. Raz po raz wstrząsał nim nieprzyjemny dreszcz, ale z ulgą stwierdził, że to już koniec.


Możesz się pozbierać, szmato.


Znów pociemniało mu w oczach, głowę oparł o mokry, zimny asfalt, i tak został, nie mając sił, ani motywacji, aby się podnieść, a deszcz osiadał na jego zmierzwionych włosach, i skórzanej kurtce, i małymi strumyczkami spływał na ziemię.

Gdy Osis odzyskał przytomność, już nie lało. Jaskrawe neony knajpy odbijały się w kałużach i w siatkówce jego przymglonych oczu, wabiąc go wizją migających świateł, muzyki, wódki w setce postaci, zmysłowo poruszających się w tańcu długonogich piękności, z którymi chciałby dokończyć tę noc. Nocne życie, w którego szalonym tempie chciał odzyskać wszystko, co stracił przez te lata.

Na asfalcie zastukały czyjeś kroki. Powoli zbliżały się, aroganckie, wiedzące, że im nie ucieknie. Osis zaklął. Uliczni kolesie z apetytem na jego portfel, lub krew. Albo na i jedno, i drugie, co było najbardziej prawdopodobne. Kto inny zbliżałby się do zażyganego typka, leżącego w zaułku? Chociaż wiedział, jaka jest prawda, to jeszcze sie łudził.


Osis zmusił swoje oporne ciało do powstania. Udało mu się dopiero po podparciu ręką o mur. Spojrzał spode łba.

(...)

 

Ciało runęło na ziemię, jeszcze skręcając się, między rozstępujących się byłych kumpli z gangu.
Osis podniósł wzrok z trupa. Zobaczył zakrwawiony na krawędzi nóż w swojej dłoni. Rzucił go na ziemię, brzęknęło. A Leo Tsen wciąż się na niego patrzał, nie zwracał uwagi na rozlew krwi, na śmierć, on przez cały czas obserwował zabójcę.


- Który to twój? – zapytał cicho Leo.


- Nie umiem policzyć.


Nastała cisza. A potem gwałtownie przerwał ją głośny, rubaszny rechot przygłupa. Towarzystwu wrócił humor, broń poznikała pod kurtkami. Życzliwe stały się ich spojrzenia, pełne uznania. Obcy udowodnił swoją wartość. Wartość cenioną w zakazanych okolicach współczesnych miast.

 


SAMOTNOŚĆ:


Pukał już do drzwi tego małego hotelowego pokoju, więc pospiesznie zwinęła pięćsetjenówkę w wąski rulonik. Nachyliła się nad stołem, wciągnęła mocno biały proszek ze srebrnego lusterka. Najpierw w jedną dziurkę, potem w drugą. Aż westchnęła, gdy poczuła miły zawrót głowy. Pukanie stało się natarczywe. Wrzuciła lusterko i zrolowany banknot do torebki, zamknęła ją, i popędziła do drzwi. Czekał już zbyt długo.

Kochali się długo, żarliwie, do kresu nocy. Wiła się w jego gorących uściskach, jęczala z zadowolenia, jakie jej dawał. Zasypywała go pocałunkami pełnymi żądzy i oddania, i on nie pozostawał jej dłużny. Raz była jak wąż, oplatający konar drzewa śliskimi zwojami. To znów była jak kwiat, wyciągający płatki ku ciepłu słońca. To znów była głodna seksu samica, dzika i wymagająca. Dla niego zaś była po prostu cudowną kobietą, oddajacą się kochankowi ciałem i duszą.

Była piękna i podniecająca w swej niewinnej ufności. On też był piękny – miał blyszczące oczy, muskularne ciało i ciemną jak heban skórę. Jej sypkie blond włosy rozrzucały się jak aureola na pościeli wokół jej głowy gdy pod nim leżała, i pieściły końcówkami jego twarz, gdy ona była nad nim. Całował je, gryzł i szarpał. Uwielbiał włosy Veronic.

Był dla niej wszystkim w czasie tych chwil. I myślała, że będzie tak trwało wiecznie. Kochali się długo i namiętnie: Raz, drugi i trzeci. A potem zasnęła ufnie w jego silnych ramionach. Słodycz jej snu większa była od słodyczy opium.

Ranek był inny. Nico ubierał się pospiesznie. Klął siarczyście na wygniecione ubrania porozrzucane niedbale poprzedniego wieczoru. Gdy zapinał swojego złotego rolexa, obudziła się. Zbliżyła się, by dostać pocałunek na pożegnanie. Odrzucił ją na posłanie twardą reką.


- Nie mam czasu – warknął.


Trzasnęły za nim drzwi. A ona leżała skulona na pomiętej pościeli, i płakała cicho. Z twarzą w poduszce. Bo jeszcze ktoś mógłby usłyszeć.

koniec fragmentu

 

Łukasz Czeszumski, 1997-2005

SZARY ŚWIT

POWIEŚĆ, 290 stron.

"Był Osisem Desalmar, spalonym weteranem korporacyjnych tajnych wojen, poszukiwanym za zdradę i zbrodnie w 12 krajach strefy Cellers"...

 

Ponura wizja świata przyszłości, podzielonego między wielkie korporacje oraz mafijne syndykaty. Organizacje te walczą o wpływy i władzę za pomocą oddziałów tajnych agentów – najemników, terrorystów i szpiegów.

Osis był jednym z agentów. Wyciągnięty z nędzy slumsów, wyszkolony na korporacyjną maszynę do zabijania, potem zniszczony i wyrzucony na bruk. Osis dostaje szansę. Potężna korporacja zatrudnia go, aby dostał się do struktur barracudy – supermafii. Osis nie wie, że tak naprawdę jest wysłany na pewną śmierć...

Powieść ukazuje życie w świecie, który stał się piekłem. Jedyne wartości to pieniądze i władza, o które toczy się ciągła i krwawa walka. Fabuła ukazuje degradację człowieka poddanemu ciagłym wyborom, których skutki oddalają coraz bardziej od człowieczeństwa. Bohater zabija, oszukuje i nie wierzy w żadne zasady. Wszystko zmienia sie, gdy na swojej drodze napotka prawdziwę miłość. Lecz zmiana życia, gdy jest się w samym środku piekła, nigdy nie jest możliwa.

 

OD AUTORA:

Zajeło mi osiem lat, aby napisać tą książkę.

Początkowy pomysł był taki, aby napisać o walce. Samotny agent jedzie do miasta opanowanego przez mafię, aby ją zniszczyć. Agent nie jest bohaterem bez skazy, a wytrenowanym do perfekcji korporacyjnym narzędziem do zabijania. Okrutnym i bezwzględnym, a jednocześnie, w swoim wnetrzu, kruchym i słabym. W trakcie misji agent spotyka miłość swojego zycia, i to go zmienia. Nagle dostrzega prawdziwy obraz tego co robi, i to wywołuje w nim bunt. Prosta historia o miłości i zabijaniu w post-modernistycznym świecie zgniłej nowoczesności. Jednocześnie pokazanie wojny XXI wieku, gdzie miejsce umundurowanych żołnierzy zajmować bedą zamaskowani agenci-terroryści.

Tej książce oddałem duszę na kilka lat. Odchodziłem od niej i wracałem, czasem po długim czasie, aby ruszyć ją dalej. Bezustannie zmieniałem całe fragmenty i pisałem je od nowa, przerywałem pracę na długie miesiące pogrążony w beznadziejności tego, co robię. Jakbym chciał otrzymać idealny destylat, mimo że nigdy nie miałem ambicji stworzenia wielkiego dziela, które zmieni ten świat. Czy jakakolwiek książka jest w stanie zmienić ten świat? Czy jakikolwiek poważny autor może się tym łudzić?

Moją jedyna ambicja było, aby powstała książka w której przeciętny czytelnik znajdzie akcję i adrenalinę. Jednocześnie aby nie była to pusta rąbanina mafino-rządowych wojen. Chciałem, aby każdy potrafił też odkryć w niej coś głębszego. Trudno napisać taką książkę. Trudno połączyć ostrą powieść akcji z głębszym przesłaniem. Napisałem po prostu książkę, którą sam chętnie bym przeczytał.

Być może to tylko skomplikowana, skandalizująca historyjka na którą składa się seks i bardzo dużo przemocy, i to jest w niej najlepsze?