KREW WOJOWNIKÓW TOM I: UCIEKINIER

 

Słońce chowało się za widnokrąg w krwawej pożodze gasnącego nieba. Jeszcze przed chwilą rozjarzało świat wszechobecnym blaskiem. Powietrze falowało, błękitne niebo rozciągało się nad głową niczym niedosięgłe sklepienie, a teraz, ledwie po chwili, pozostał tylko ten szkarłatny poblask w oczekiwaniu na martwotę mroku. W ciszy, w której fale Morza Południowego chlupotały o czarny piach wybrzeża. Chwila całkowitego spokoju, jakby cały świat w tym momencie zastygł w oczekiwaniu. Ziarna klepsydry niemal bezdźwięcznie przesypywały się przez szklane gardło. Zostało ich jeszcze trochę, na dwa palce, gdy słońce zgasło. Sklepienie nieba pokrył niezgłębiony granat. W jego odmętach zapalały się pierwsze gwiazdy. Chłodny wiatr owionął wybrzeże, niosąc drobinki piasku i zapach dalekich krain. A na wybrzeżu okalająca plażę puszcza i grzywy palmowych drzew - tak kipiące życiem i wesołe za dnia - zamieniły się już w niepokojący kłąb mrocznej gęstwiny.


Nie bez powodu słońce jest w tej krainie władcą życia i śmierci, pomyślał. Nic dziwnego, że tutejsze ludy czciły je jako swojego Boga. I czyż nie mieli racji? Przecież w tylu innych sprawach my myliliśmy się, a ci ludzie okazywali się mądrzejsi i jednak lepiej znający tajemnice istnienia. A ich prawdy bliższe były tajemnicy boskiej. Tej czystej, nieskażonej ludzką arogancją.


Stary mężczyzna naciągnął na ramiona ponczo z surowej wełny. Potem odwrócił się od wybrzeża i wszedł do warownego domu. Skromnie urządzona komnata z kamiennymi ścianami i powałą trzymaną przez grube, sczerniałe ze starości belki. Jedynymi meblami były stół obciągnięty lakierowaną skórą, prosty fotel i kandelabry ze świecami.


Mężczyzna odwiesił pas z mieczem na ćwiek i usiadł przy stole. Na blacie przed nim leżał nierówno przycięty plik grubych płacht papieru, kałamarz i kilka piór. Przez długą chwilę wpatrywał się ponuro w rozłożone arkusze. Przejechał palcami po ich powierzchni. Zaszły wilgocią podczas długiej morskiej podróży. Napuchły, nieco się pofalowały. Papier został sprowadzony z Italii, tuzin takich arkuszy kosztował aż pięć złotych maravedis . Wiedział jednak, że dzięki jego jakości inkaust wniknie głęboko w pory papieru, a następnego dnia światło słońca wysuszy i tworzywo, i treść, zespalając je i utrwalając na długi czas. Być może na całe wieki? Pokrzepiająca była myśl, że człowiek może po sobie pozostawić jakiś ślad. A on przecież wiedział, że niewiele życia mu pozostało.


Przecież kiedyś, wiele lat temu, złożył obietnicę pewnemu mędrcowi napotkanemu na gościńcu. Wtedy jeszcze nie miał pojęcia, że ma do czynienia z jednym z największych umysłów epoki. Ach, ten cudacznie odziany człowiek, prawdziwy geniusz, który nieszczęśliwie narodził się w czasach, które nie potrafiły go docenić…
Mężczyzna pogrążył się we wspomnieniach. Jak od wielu nocy, skupiony przy płomieniu świec, na nowo przeżywał swoje życie. Raz uśmiechał się łagodnie, kiedy indziej jego rysy krzywiły się w złości lub w gniewie. Czasem łkał z rozpaczy, a czasem śmiał się głośno. A potem znowu smutniał. I wtedy jego rysy ściągały się, a oczy zapadały, jak u zbyt zmęczonego mędrca, który już wiele razy zastanawiał się nad sensem. A w końcu kiwał głową i wypogadzał się, gdy na nowo uzmysławiał sobie, że nie sztuką jest znaleźć zasadność w chaosie tego świata. Sztuka polega na zaakceptowaniu wyroków losu i znalezieniu dla wszystkiego zrozumienia. I na miłości do życia, jakie by ono nie było.


Jego twarz była zwiędła i pocięta bliznami, lecz w jakiś sposób szlachetna. Być może sprawiały to oczy, wciąż młode, bystro patrzące, igrające ognikami. Te oczy były jedyną oznaką witalności w starczym ciele, zgarbionym bezradnie nad pustymi kartami papieru.


Czuł się zmęczony. Już wiele lat minęło od czasów, gdy przemierzał krainy świata i sprawiał, że każda z nich była mu domem. Teraz stał się opanowany i spokojny, ale i zgorzkniały. Zmienił się od czasów, gdy codziennie doświadczał skrajności losu. Jednego dnia, cierpiąc żywot bezdomnego wygnańca, drugiego - przeżywając chwile chwały i opływając w bogactwa, a jeszcze kolejnego - walcząc o zachowanie życia. Gdy biegał pod gradem strzał spadających z nieba, gdy unosił miecz w bitewnym zgiełku, gdy bronił się i atakował w ciemnych uliczkach, gdy w kazamatach tyranów kaci morzyli go głodem i torturowali. Gdy widział rewolty podrywające tłumy uciśnionych, gdy oblegał miasta i zamki, a potem sam znajdował się wśród obleganych. Gdy żył otoczony szacunkiem należnym największym rycerzom i gdy nagle znikał blichtr, a on witał się ze śmiercią. Bogactwo i pozycja nigdy nie miały dla niego znaczenia. Ale jakże wielką satysfakcję dało mu to, że widział na własne oczy, jak toczy się historia świata. Pamiętał postacie królów i książąt, wystrojonych i pysznych. Chełpiących się w chwilach zwycięstw i lamentujących po porażce. Czarnoksiężników, którzy uwierzyli, że posiedli moc wpływania na rzeczywistość i pozyskiwania boskich mocy. Zbójców, którzy dla garści złota łamali prawa ludzkie i boskie, lecz byli w tym naiwni i nieporadni. Prawdziwymi zbrodniarzami, jakich poznał, okazywali się bowiem często książęta, królowie i kapłani, którzy pod maską prawa, porządku i religijnej doktryny skrywali tylko zaspokojenie swojej żądzy potęgi i bezgranicznej chciwości, nie zważając na losy maluczkich.


Co sprawiło, że przeżył te wszystkie lata i zdołał się zestarzeć w tym zapomnianym zakątku na krańcu świata? Instynkt albo siła przeznaczenia, a może moc zesłana przez Boga, która pchała go zawsze naprzód? A może został wybrany przez tę, której nadał imię Ilian, którą spotykał czasem w snach? Być może był to talent, z którym się narodził i który prowadził go przez najtrudniejsze próby. Może to właśnie sprawiało, że jego życie nie miało być nadaremne?


Od wielu nocy siadał wieczorami przy tym stole i wspominał. Jednak ta noc była wyjątkowa. Nadszedł właściwy moment. Mężczyzna poczuł na twarzy zimny wicher, uderzyły go w twarz płatki śniegu. Jego oczy rozbłysnęły młodzieńczą energią. Tak, znowu tam był. Tak nierzeczywiste było to wspomnienie, ale tak bliskie sercu. Jakby całe życie przeżył tylko po to, aby ono do niego wróciło, a życie zatoczyło koło. Widział duże białe płatki wirujące z nieba. Słyszał wycie wilków w puszczy. Czuł ciężar miecza przy pasie i kolczugi okrywającej ciało. Widział kłąb pary wydobywający się z chrap rumaka, gotowego do drogi.


On też był gotów.


 

422 strony, format 153 x 212 mm

Cena: 44 zł (wersja dziełowa w twardej okładce z dedykacją autora i przesyłką gratis)

 

ZAMÓW EGZEMPLARZ

 

OPINIE O KSIĄŻCE NA PORTALU Lubimyczytac.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ŁUKASZ CZESZUMSKI REPORTERSKIE PORTFOLIO. Wszystkie prawa zastrzeżone - CL Media