Łukasz Czeszumski
NA KOKAINOWYM FRONCIE

W południowoamerykańskiej dżungli walka z narkotykami przypomina prawdziwą wojnę.

 


Jako zagraniczny dziennikarz dołączyłem do patrolu UMOPAR, boliwijskiej policji antynarkotykowej. Zabiera mnie Denis, szef 8-osobowego oddziału. Jego ludzie są uzbrojeni po zęby, mają mundury w kamuflarzu dżungli, plecaki z racją żywnościową i wodą, bo nie wrócimy z dżungli przed nocą. Będziemy polować na trafikantów - tych, którzy produkują kokainę.

 


Pędzimy szaleńcze 120km/h po szosie Cochabamba-Santa Cruz. Wyprzedzanie, uśmiech na ustach, UMOPAR nie zna ograniczeń prędkości. Miesiąc temu był wypadek - rozbiła się furgonetka policji antynarkotykowej, jadąca z checkpointu w Bulo Bulo do bazy Chimore. Zginęli wszyscy pasażerowie.


Jesteśmy na miejscu. Wąski, wycięty maczetą szlak prowadzi w głąb dżungli. Denis wyjmuje z kabury na klatce piersiowej pistolet, przeładowuje, i chowa z powrotem. Idący za nim policjant ma karabin M-16 gotowy do użycia. Ruszamy ścieżką gęsiego. W Chapare, narkotykowym zagłębiu Boliwii takie ścieżki prowadzą zawsze do fabryk kokainy.


Po 100 metrach natrafiamy na szałas. Kilka rzerdzi, dach z palmowych liści, żadnego człowieka. W środku jest posłanie przykryte moskitierą, trochę jedzenia, butelki po alkoholu i kartony papierosów. W kącie kilka plastikowych kanistrów. Denis odkręca jeden, wącha. Kiwa głową.


- To jest to - mówi cicho - ale nie jest świeże. Ma z tydzień czasu.

Idziemy ścieżką głębiej w las. Przedzieramy się przez kilka niedużych plantacji koki. Na jednej z plantacji pracuje stary Indianin. Ma policzek wypchany koką, w ręku maczetę. Nie ucieka. Samo uprawianie koki nie jest w tym kraju podstawą do aresztowania. Mimo to wieśniak jest nerwowy. Denis zaczyna standartową litanię pytań:


- Gdzie jest fabryka?
- Ja nie wiem, nic nie wiem.
- Kto tu pracuje, co sypia w tamtej chacie?
- Nie wiem, jacyś tu czasem przyjeżdżają. Ale teraz ich nie ma, już od dawna.
- Od kiedy?
- Nie wiem. Od dawna.
- Czyja ta plantacja?
- Mojego brata. Ale brat umarł, więc ja się tu opiekuję...

 


Zostawiamy chłopa, idziemy dalej ścieżką. Fabrykę znajdujemy w gęstwinie, 300m dalej. Ale to bez znaczenia. Laboratorium zostało "oczyszczone" wiele dni temu. Producenci narkotyków zrobili towar, a potem odeszli wraz z kokainą, odczynnikami i ważniejszym sprzętem. Został szkielet do zawieszenia "basenu" gdzie ekstraktuje się narkotyk, i zwały czarnych, zniszczonych chemikaliami liści koki.
- Zrobili tu co najmniej kilogram - ocenia Denis, i daje komendę do powrotu.

Porażka, ale to jeszcze nie koniec polowania. Jest dopiero 9 rano.

 

Czerwona strefa:


Klimat Chapare jest idealny do uprawy koki. Miejscowi korzystają z tego od dziesiątek lat, zakładając plantacje i produkując biały proszek, który potem wędruje w świat i osiąga na rynkach Ameryki Północnej i Europy niebotyczne ceny.
Według UMOPAR, w Chapare może być 15 do 20 tys. fabryk kokainy, ukrytych wśród lasów i bagien. Im bardziej oddalona od głównej szosy i cywilizacji wioska czy osada, tym więcej jej mieszkańców żyje z koki i kokainy.


Gdy ogladałem mapę sztabową w bazie UMOPAR w Chimore, zwróciły moją uwagę ciemne plamy. Co to jest? - zapytałem.


- Te sektory Chapare to "czerwone strefy" - odpowiedział oficer - w tych rejonach wszystkie wioski stoją za trafikantami. Gdy policja tam wjeżdża, jest atakowana. Gdy na drodze widzą pojazdy UMOPAR-u, wystrzeliwują w niebo fajerwerki, co ostrzega wszystkie fabryki. Bywa, że miejscowi atakują UMOPAR z użyciem dynamitu, maczet, kamieni. Wczoraj wieżdżaliśmy do strefy, to zawalili przed nami drzewa na drogę. 2 godziny zajęło, żeby wydostać samochody.

W poprzednim roku czterech policjantów tajemniczo zaginęło w Chapare. Znaleziono ich po kilku dniach. Wszyscy byli martwi, ich ciała nosiły ślady ciężkich tortur. Inny policjant podczas nadzoru nad niszczeniem plantacji koki został zabity strzałem snajpera.

 

 

Wywąchać fabrykę:


Polowanie na trafikantów przypomina prawdziwe polowanie, gdzie trzeba skradać się, wytężać słuch, wzrok i wszystkie inne zmysły. Fabrykę kokainy można nawet... wywąchać. Zapach chemikaliów jest tak silny, że da się go wyczuć z odległości nawet 500 metrów.
Trafikantów czasem tropi się po śladach. Jeśli patrol znajdzie na ziemi świeżo odciśnięte ślady gumiaków, wie, że przechodzili tędy trafikanci. Gumiaków używają tylko oni. Kalosze chronią stopy przed żrącymi chemikaliami w "basenie" podczas deptania. Zwykli wieśniacy noszą sandały z opony samochodowej.


Czasem policjant odnajduje fabrykę za pomocą instynktu.
- Po prostu wiem, że ta ścieżka prowadzi do laboratorium - opisuje Denis to uczucie - nie potrafię tego wytłumaczyć racjonalnie, to czyste przeczucie. Ale nigdy mnie nie zawodzi.

Południe. Zatrzymujemy się w zacisznym rowie przy drodze. Zjadamy amerykańskie wojskowe racje żywnościowe MRE. Masa z kurczaka i puree, suchary z marmoladą, budyń i ciasto z foliowych opakowań. Po jedzeniu opakowania zbieramy, palimy, resztki wdeptujemy w błoto. Wracamy polować.

 


Od szosy odbija szlak, prowadzący do niewielkiej osady. Godzinny marsz. Za wioską kilku chłopów wycina maczetami krzaki. Mijamy ich mówiąc "dzień dobry". Po chwili jeden dogania nas. Mówi, że jego kolega skaleczył się maczetą, i potrzebuje plastra. Denis mówi, że nie mamy apteczki, i zaraz wznawiamy marsz.


- To stary numer - wyjaśnia mi Denis - jeden nas zagada prosząc o leki albo cokolwiek innego i nas opóźni, a w tym samym czasie drugi pobiegnie przez las do fabryki, i ostrzeże trafikantów.

Nie mamy jednak szczęścia. Kręcimy się koło wioski, próbujemy kilka ścieżek, nic nie znajdujemy. Zawracamy.

 

Szpony gliniarza:


Denis, szef patrolu jest w UMOPAR od 5 lat. Pochodzi z dobrze ustawionej rodziny należącej do boliwijskiej klasy średniej. Po ukończeniu 4-letniej akademii policyjnej rozpoczął pracę w policji śledczej (odpowiednik polskiej dochodzeniówki). Wytrzymał tam kilka lat.


- Praca za biurkiem, stosy formularzy i sprawy dochodzeniowe nudziły mnie. Lubię broń, bycie w akcji, przygody, więc zgłosiłem się do UMOPAR.

 


Aby dostać się do UMOPAR, trzeba mieć minimalny staż 3 lat w policji narodowej, żelazne zdrowie, i historię wzorowej służby. Przyjmowani są wyłącznie ochotnicy.
Szkolenie antynarkotykowe "garras de valor" (szpony wartości) to ekstremalne 2.5 miesiąca w izolacji dżungli. Bezustanny trening, pozbawienie snu, jedzenia i wody.


Na kursie pobudka jest o 4 rano, zajęcia trwają do 23. Uczestnicy non stop muszą mieć przy sobie drewnianą atrapę karabinu. Nawet przy jedzeniu broń trzyma się między kolanami. W środku nocy wybuchy petard rzucanych przez instruktorów. To symulowany atak. Zerwany ze snu kursant musi natychmiast objąć pozycję obronną dla sektora obozu, za który odpowiada. Jest oceniany za każdą sekundę zwłoki. Bywa po kilkanaście "ataków" w ciągu nocy.

 


Szkolenie ma dwie fazy. Pierwsza to kurs wojskowy. Wszystko, co zwiazane z walką w dżungli. Sztuka przetrwania, patrolowanie, strzelanie, tropienie.


- Trudności pracy w UMOPAR to bardzo długie marsze po dżungli, z ciężkim sprzętem, plecakiem i bronią, przepływanie rzek. Wielu nie wytrzymuje wysiłku, wielu rezygnuje z własnej woli stwierdzając, że to nie dla nich - opowiada szef szkolenia.


Druga faza to szkolenie antynarkotykowe. Procedury śledcze, przesłuchiwanie, prawa aresztowanych, wykrywanie narkotyków.


Trening UMOPARu zwieńcza "próba ognia", 5-dniowy morderczy egzamin. Kursant jest samotnie desantowany z helikoptera do dżungli. Jego zadanie to dotrzeć do zaznaczonego na jego odbiorniku GPS punktu. Po drodze trzeba forsować rzeki, mokradła i gęste zarośla, zdobyć pożywienie i wodę, i to wszystko skradając się, bo na uczestników polują instruktorzy. Kogo złapią, ten wylatuje z kursu. Nie nadawał się. Komu się uda, ten otrzymuje uroczyście przyszytą do munduru naszywkę "Garras" i dostaje się do UMOPAR.

 


Szkolenie, odbywające się 3 razy do roku w Senda Tres w Boliwii opłacają Stany Zjednoczone, a szkolą się tu policjanci z niemal całej Ameryki Łacińskiej. Kiedyś prowadzono te szkolenia w Peru, lecz tamtejszy kurs został zamknięty i odebrano mu uprawnienia międzynarodowe za niehumanitarne metody (przykładowo, uczestników "utwardzano" tam przez oblewanie wodą, a potem rażenie prądem elektrycznym).


Denis znalazł w UMOPAR to, czego szukał. Broń, akcję i przygodę. Ale też trud. Dzień zaczyna się pobódką o 4:30, o 5 jest śniadanie, a o 6 odprawa w pełnym rynsztunku na placu bazy. Grupa za grupą patrole ruszają do akcji - jedni w terenowych furgonetkach, inni w śmigłowcach. Każda grupa ma za cel inny sektor Chapare. Wraca się z akcji o 16 lub 17, czasem w środku nocy. Zwykle patrol to wędrówka przez dżunglę przez cały dzień, i bywa, że wraca się z niczym, a mundur można wyrzymać z potu. Normalne zajęcia "nadgodzinowe" to starcia z demonstrantami, blokującymi drogi. Codzienność to pościgi za producentami narkotyków, ciągnące się do nocy przesłuchania. W końcu sen i nazajutrz kolejny, ciężki dzień.


W UMOPAR nie ma wolnych weekendów. "Przestępcy nie mają soboty i niedzieli, więc my też nie" - mawiają policjanci. Nie ma przepustek, ani czasu na nie. Jedyne wolne to kilka tygodni wakacji pod koniec roku, na święta.


- Zarabiamy kiepsko - przyznaje Denis - jedyny dodatek do pensji to 500 bolivianos (200 złotych) i to wszystko, co dzieli nas od zwykłej policji. To jest rekompensata za brak wolnych dni, brak czasu dla rodziny i niebezpieczeństwa (tylko w tym roku w UMOPAR zginęło na służbie 15 członków formacji).


Sprzęt jest przestarzały, więcej pojazdów stoi w warsztatach bazy niż jeździ na akcje. Najnowszy land cruiser do dyspozycji grupy Denisa ma rocznik 1982.


- Tę pracę wykonuje się, bo się to kocha - mówi Denis z uśmiechem - to jest ciągła akcja, ciągła walka z trafikantami. Czasem działasz przez kilka dni, polujesz i nic. Inne grupy mają sukcesy, ty od długiego czasu nic. To cię rozwściecza. Wstajesz rano i mówisz sobie - dziś ich dopadnę. Ta praca uzależnia. Najstarszy z mojego patrolu ma 50 lat. Wykonuje te same zadania, co młodsi.


50-latek mówi: - Spoko, jeszcze ten rok i się odmeldowuję!


- Nie wierzę ci - odpowiada Denis - zbyt lubisz tą robotę.

 

Fabryka:


Krótkofalówka Denisa skrzeczy meldunkiem od drugiego patrolu. Dwaj policjanci, którzy odłączyli od reszty, znaleźli fabrykę. Proszą o wsparcie. Są 4 km ścieżką od głównej szosy. Upychamy się w samochodzie, i pędzimy do celu, lecz przy pierwszym moście toyota zsuwa się do rowu i zakopuje w błocie. Nie daje się ruszyć, więc nie tracąc czasu idziemy na piechotę.


Marsz przeplatamy z biegiem. Po drodze mijamy kilku nastolatków na rowerach, potem mężczyznę w średnim wieku.


Po pół godzinie spotykamy dwuosobowy patrol. Prowadzą w głąb dżungli. Po kolana w rzadkim błocie, po śliskich kładkach nad strumieniami i bagnami.

 

 

Jest. Fabryka kokainy.

 

 

Jednak po trafikantach śladu nie ma. Gdy tylko usłyszeli UMOPAR, uciekli.


- Są sprytni - mówi Denis - przy drodze dojścia do fabryki zawsze mają strażnika. To może być na przykład chłop udający, że pracuje przy wycinaniu zarośli. Gdy zobaczy nasz patrol, przez radio ostrzega tych w fabryce. Gdy tu szliśmy, minęła nas grupa rowerzystów i jeden starszy człowiek, widziałeś? To byli oni. Jedyna satysfakcja, że mamy fabrykę. Z ilości zużytych liści mogę sądzić, że pracowali tu co najmniej 2 czy 3 miesiące.

Trafikant to zawsze wynajęty za niewielkie pieniadze młody chłopak. Ma średnio 16-20 lat, choć zdarzają się i 14-latkowie. W przeciętnej fabryce kokainy pracuje 3-5 osób. W dzień śpią, w nocy pracują. Są uzbrojeni w broń palną, ale gdy słyszą nadchodzącą policje, uciekają. Wiedzą, że nie mają szans w walce z UMOPAR-em.

 


Zaledwie w 1 przypadku na 10 policja łapie ich na gorącym uczynku. Nigdy w jej ręce nie wpadają szefowie. Schwytani "deptacze" nie wydają swoich mocodawców. Gdy oni dostaną wyrok, ich szef traci co najwyżej parę tysięcy dolarów, które wydał na kokę i odczynniki.
Fabryka kokainy nie wygląda tak, jak na filmach. To nie żadne laboratorium, a prymitywna konstrukcja z drewnianych pali i grubej folii. W "basenie" kilkaset kilogramów liści koki moczy się w chemicznej zupie, która pod wpływem wielokrotnego "deptania" wydziela porządany alkaloid.


Produkcja kokainy to mozolna i długotrwała praca. Kilku mężczyzn, aby zrobić 15 kilogramów narkotyku, musi spędzić w fabryce do 12 tygodni.


Efekt finalny to kanister śmierdzącej cieczy. To "agua rica" - bogata woda. Płynna kokaina. Do powstania jednego kanistra użyto 1000 kilogramów liści koki, i kilka beczek chemikaliów. Trafikanci zanużają w "agua rica" szmatę, a potem ją wyrzymają. Po rozwinięciu szmaty pokrywa ją biały nalot. Kokaina. Ta sama, która w Stanach i Europie ma cenę dziesiątek tysięcy dolarów za kilogram. Proszek, za którego jeden gram w Warszawie trzeba zapłacić 200 złotych.

 


Jeden z policjantów znajduje zagrzebany wśród liści kanister z "agua rica". Trafikanci uciekli, lecz owoc miesiąca ich nocnej pracy nie powędruje na rynek. Likwidacja fabryki zajmuje UMOPAR-owi godzinę. Maczetą dziurawią "basen", łamią jego konstrukcję, zrzucają wszystko na kupę i oblewają chemikaliami. Tak się składa, że wszystkie składniki potrzebne do produkcji kokainy doskonale się palą. Trzask zapalniczki, i fabryka w mgnieniu oka zamienia się w pochodnię. Denis wrzuca w pożar główny łup, pojemnik z "agua rica". Kanister eksploduje, płomienie strzelają w niebo.

 


Z jakiegoś zakamarka przy basenie w chwili wybuchu wyskakuje ogromny, włochaty pająk. Próbuje uciec, lecz płomienie obejmują go całego. Pająk stacza się do kałuży płonącej chemii i skwiercząc, ginie. Huczące płomienie obejmują wszystko. Z fabryki zostają tylko zgliszcza.


- Un golpe al narcotrafico! - krzyczy z satysfakcją jeden z policjantów ("cios w produkcję narkotyków!").
- Un golpe mas - dopowiada Denis ("jeszcze jeden cios").

 

 


Republika koka:


W ciągu 3 ostatnich lat w Boliwii średnio co roku zmieniał się prezydent. Blokady dróg, demonstracje kończące się bijatykami z policją, strajki w całym kraju to codzienność Boliwii. Chaos sprzyja bezprawiu. Według ONZ, od ostatniego roku o 30% zwiekszyła się produkcja koki w Boliwii.


- Obecnie jest 3200 hektarów koki w Chapare - tłumaczy pułkownik Rosalio Alvarez, głównodowodzący UMOPAR - wielu chłopów, którzy kiedyś zrezygnowali z upraw koki i otrzymali od rządu odszkodowania, teraz wraca do tego procederu. Nie ma żadnego mechanizmu by ich kontrolować czy karać. Codziennie moi ludzie wykrywają i niszczą kilkanaście fabryk kokainy. Rocznie w nasze ręce wpada około tysiąca kilogramów czystej kokainy.

 

 

Sprzedawczyni ze sklepu na ulicy w Chimore mówi, że dla Chapare nie ma żadnej nadziei:
- Tu nic się nie zmieni. Od 20 lat działa UMOPAR, a końca koki nie widać. Boliwia żyje tylko koką. Ten kraj nie produkuje nic innego, z niczego innego nie da się żyć. Świat wrzuca miliony w Chapare. USA funduje UMOPAR, a Europa pomoc humanitarną. Jaki jest wynik? Cocaleros biorą od funduszy pomocowych Unii Europejskiej pieniądze, kupują za nie samochody i rozbudowują domy, a potem jak już nic więcej nie da się wycisnąć, wracają do koki, bo z czego innego uzyskają taki profit?

 

Łukasz Czeszumski, Potosi Boliwia 2007.

 

UMOPAR - Unidad Movil de Patrullaje Rural (Mobilny Oddział Patrolowania Wsi). Specjalny oddział policji boliwijskiej, uformowany w 1983 jako wkład USA do zwalczania produkcji narkotyków w Boliwii. Formacja ściśle współpracuje z DEA i Interpolem. Liczy 400 mężczyn. Główna baza w Chimore, departament Cochabamba.

 

 

CZYTAJ TEŻ:

SELEKCJA DO LEGII CUDZOZIEMSKIEJ

STREFA PRODUKCJI - KOLUMBIA

WOJNY NARKOTYKOWE W AMERYCE POŁUDNIOWEJ - KSIĄŻKA

 

 

 

CZESZUMSKI.COM - Lukasz Czeszumski Portfolio Reportera. Wszelkie prawa zastrzeżone.