ZASADY WOJNY. Fragmenty:

 

- Pierwsza zasada - zagrzmiał „Master” - bezwzględna akceptacja wszelkich instrukcji moich i firmy. Ten kontrakt to będzie ciężka i aktywna praca. Jeśli ktoś nastawia się na leniuchowanie, niech o tym zapomni. Będziemy robić to, do czego zostaliśmy wyszkoleni. I będziemy robić to z całym sercem i duszą. To za to płacą nam te czeki z wieloma zerami, panowie.

 

Wprowadzenie


Wkoło krajobraz jak sprzed milionów lat. Tytaniczna, przedpotopowa dżungla. Labirynt omszałych pni drzew, wszelkich odcieni zieleni w liściach, paprociach, rdzawych porostach. Z nieba siekł ciężki deszcz, dżungla była w nim skąpana, trzask milionów kropli uderzających o liście był tak głośny, że zagłuszał wszystko. Nawet huk wystrzałów zdawał się tylko głuchym trzaskaniem.


W środku kolumbijskiej dżungli dwaj mężczyźni wymierzyli w siebie broń, zdecydowani zabić jeden drugiego. Długoletni przyjaciele, towarzysze broni – a jaką więź tworzy wspólna wojna wiedzą tylko ci, którzy spędzili na niej lata. Wspólnie w wielu sytuacjach nadstawiali głowy w jednej sprawie i za jeden żołd. Obaj zawsze wierzyli w honor, wierność i w to, że są po właściwej stronie. Teraz jeden celował do drugiego. Ich oczy wyrażały nienawiść, gniewne twarze pokryte potem, krwią i resztkami farby maskującej.


To była brudna wojna za kiepski żołd, i obaj o tym wiedzieli. Ich motywy były podobne i jeden za drugiego dałby się pokrajać. Potem jednak wszystko się zmieniło. Być może więc prawdą jest stare powiedzenie najemników, siegające podobno czasów mitycznej Sparty – „Nie ważne, jaki jest cel walki, ważne jest to, że się walczy”. Jak w starej prawdzie, że to sama droga jest ważna, a nie dotarcie do celu podróży. Być może chodzi o duszę wojownika, która cieszy bycie w akcji i kolejne rozgrywki, obojętnie z kim i przeciw komu? A może to nie to. Może chodzi tylko o splot nieszczęśliwych okoliczności, które mimo najlepszej woli ludzi potrafią połączyć się w okropnym i tragicznym rozwiaząniu?


Rozwiązaniu jednakże jedynym, które było możliwe.


Pistolet wystrzelił powtórnie, dymiąca łuska pofrunęła w dal. Ołowiany pocisk trafił w miękkie ciało, wydając przy tym chlaśnięcie, którego nikt nie usłyszał w szumie deszczu. Ugodzony też tego nie usłyszał, bo najpierw sparaliżował go ból, i w tym stanie, jako uderzony w głowę, głuchy, ślepy i sparaliżowany po kilkudziesięciu sekundach niewyobrażalnego bólu, skonał.


Zabójca odwrócił się i odszedł. Nie miał jednak w sobie ani cienia satysfakcji ze spełnionego zadania. W chwili zabicia swojego najlepszego przyjaciela jakaś część jego własnej duszy umarła na zawsze.


I, gdy wciąż pogrążony w czarnej i bolesnej rozpaczy wrócił z Kolumbii do miejsca, które nazywał swoim domem, czekała tam na niego niespodzianka. To była niewielka paczka wsadzona w białą kartonową kopertę poczty kurierskiej.

Zaadresowana do niego imiennie, lecz bez danych nadawcy. Ale i tak wiedział, kim on jest. Z łatwością to poznał po charakterze pisma. Rozdarł kopertę i wyjął ze środka kilka kart pamięci z dyktafonu cyfrowego. Tam jego przyjaciel opowiedział historię ostatnich miesięcy swojego życia. Lecz nie to było najbardziej szokujące.

Nie jest rzeczą zwyczajną bowiem otrzymać list od umarłego.


1.1.

3 miesiace wcześniej. Miasto Panama.
Wieżowiec CDC Holding.


- Przerzucamy pana do Kolumbii w poniedziałek, czyli za 3 dni. Przez San Andres i Baranquillę do „Puerto”.


- Broń?


- W depozycie. Do poniedziałku. Tu nie będzie panu potrzebna.


- A mój paszport?


- Zostanie w centrali aż do zakończenia kontraktu. Dostanie pan dokumenty zaświadczające, że pracuje jako doradca ds. bezpieczeństwa oddziału firmy. Wasz rząd nie lubi, gdy jego byli specjaliści wojskowi angażują się w kontrakty militarne w Kolumbii.


- Jak bardzo zmieniła się sytuacja od ostatniego razu?


- Bardzo dużo się zmieniło – stwierdził Garcia – W Kolumbii jest nowy prezydent. Chce on całkowitej niezależności kraju w walce z rebeliantami, jak i w sprawie zapewnienia bezpieczeństwa firmom naftowym. Tak jest zdrowiej dla publicity. Kolumbijski rząd nie chce żadnych skandali związanych z najemnikami, szczególnie tymi z Ameryki Północnej.


- I może jeszcze nic o nich nie wie?


- Ujmijmy to tak: On nie chce o nich wiedzieć. To już nie te czasy. Bogota jest na etapie dialogu z partyzantami. Gdyby nagłośniono, że kilku gringos pracuje w Tercios Verdes i poluje na dywersantów, to mogłoby napsuć wiele krwi sprawie pokojowej.


Robert pokręcił głową z dezaprobatą. Proces pokojowy z bandytami, dobre sobie.


- Pan spedził tu tyle czasu, i wciąż nie rozumie kolumbijskich realiów – Garcia uśmiechnął się z politowaniem. – Ci ludzie dziś mogą być terrorystami, a jutro zasiadać w parlamencie. I w takim wypadku, gdyby rozniosła się ta sprawa, nasza firma zostałaby wyrzucona z kraju. My tego nie chcemy i myślę, że pan panie Tucker, również nie.


- Pewnie, że nie chcę.


W gabinecie było bardzo zimno z powodu działającego na całą moc klimatyzatora. Po upale atakującym podczas trzydziestominutowej jazdy taksówką z lotniska międzynarodowego Tocumen do centrum Panama City, chłód panujący w wieżowcu CDC był nie do zniesienia. Robert był tylko w podkoszulku, i pożałowal, że zostawił swoją bluzę w torbie. Ta została wzięta na przechowanie przy II poziomie bezpieczeństwa, na parterze budynku CDC. „Z pakunkami nikt nie może wejść do środka” – powiedział nienaganną angielszczyzną czarny strażnik – „Przepraszamy, ale zasady bezpieczeństwa muszą być respektowane”.

Potem była bramka wykrywająca metal, gdzie zadziwiła wszystkich stalowa płytka w jego kolanie, i obłędnie śliczna dziewczyna w ubiorze pracownika ochrony, która doprowadziła go aż do gabinetu Garcii na 30-ym piętrze. Teraz Robert siedział w skórzanym fotelu, i to podziwiał pejzaż centrum rozciagający się za oknem, to spoglądał na zawieszoną na ścianie ogromną mapę Kolumbii. Na mapie zielonym atramentem oznaczono rurociąg i obiekty należące do firm wydobywczych, a czerwonymi liniami – trasy korytarzy powietrznych dla czarterów samolotów CDC z Panamy i wyspy San Andres do prywatnych lotnisk firmy w Baranquilli, Araucenii i „Puerto”.

Tej ostatniej miejscowości nie było na żadnej cywilnej mapie.


Garcia skończył pisaninę. Podsunął Robertowi jego kontrakt. Ten oficjalny, na ochronę siedziby CDC w Bogocie. Robert podpisał się.


- Zgodnie z tym co jest tu napisane – objaśniał mu Garcia – pańska podstawowa pensja będzie wpłacana na amerykańskie konto potrącając gotówkę, którą wyda pan podczas pobytu. Właściwa część zapłaty będzie wpłacana na konto czekowe banku CDC na Arubie, które panu założymy w poniedziałek. Uniknie pan części podatku a my pytań, dlaczego płacimy pracownikowi ochrony średniego szczebla 10 tysięcy dolarów na miesiąc.


- W porządku.


- Pański paszport wyślemy teraz do ambasady Kolumbii, aby wyrobiono panu roczną wizę. Oto pokwitowanie, które pokaże pan policji w razie kontroli. A to przepustka na wstęp do wieżowca. Odlot w poniedziałek, więc ma pan 3 dni wolne. Będzie pan mieszkał w naszym hotelu tranzytowym, to budynek przylegający do Torre CDC, wejście od calle 4. Radzę panu unikać wychodzenia na miasto.


- Dlaczego?


- Mieliśmy ostrzeżenia od kolumbijskiego DAS o możliwości porwań lub ataków bombowych na nasze siedziby i pracowników. Tu w Panamie obecnie działają komórki terrorystów związanych z FARC.


- Komórki FARC tutaj?


- Ta organizacja bardzo szybko się modernizuje, panie Tucker. I jest coraz skuteczniejsza w walce o swoje cele. Kto wie, być może naprawdę dojdzie do zawieszenia broni.


- Pokój to piękna rzecz. Ale dla mnie oznaczałby utratę pracy.


Gracia uśmiechnął się szeroko.


- Takie jest życie, panie Tucker. Wszystko się zmienia. Niech się pan jednak nie obawia. Z pańskimi kwalifikacjami i doświadczeniem może pan znaleźć mnóstwo pracy w Kolumbii. I to za bardzo duże pieniądze. Dużo większe, niż przy ropie. Jeśli pan sobie życzy, prywatnie udostepnię panu kilka kontaktów i zarekomenduję pana osobę.


- Z góry mówię, że praca dla kartelu nie wchodzi w grę.


Garcia rozłożył ręce.


- Przepraszam, chciałem tylko pomóc. Absolutnie prywatnie.


Amerykanin uśmiechnął się krzywo.


- W „Puerto” kiedyś znalazł się taki jeden, który to samo mi proponował – rzekł powoli. – zmianę branży. Ten werbownik stracił wtedy sześć zębów. Bo nie rozumiał, że są rzeczy ważniejsze od pieniędzy.


- Co to za rzeczy panie Tucker, co są ważniejsze od pieniędzy?


- To są zasady.


- Ach tak.


Dyrektor pokiwał głową i podał mu przepustkę oprawioną w plastik.


- Poniedziałek. Lot przez San Andres, o 11:30AM. W niedzielę proszę przyjść do mnie po bilety lotnicze i dokumenty. Wszystko jasne?


- Wszystko.


- Życzę szczęścia, panie Tucker.


synopsis:

Podoficer sił specjalnych Robert Tucker po wyrzuceniu z armii dostaje propozycję pracy w Kolumbii. Ma tam dowodzić oddziałem walczącym przeciw partyzantom z FARC, którzy naruszają teren firmy naftowej. Terroryści mają być likwidowani, a ropa płynąć bez przeszkód. Działanie grup antydywersyjnych jest tajne, lecz rząd Kolumbii po cichu je akceptuje Świat jest zainteresowany wyłącznie tanią ropą z kolumbijskiej dżungli.


Gdy pewnej nocy firmowy samolot znika z radarów nad terytorium rebeliantów, grupa najemników wyrusza z rozkazem znalezienia wraku. Na miejscu okazuje się, że katastrofa została sprowokowana umyślnie, a na grupę ratunkową czeka zasadzka. Myśliwy zamienia się w zwierzynę, a na jaw zaczynają wychodzić niewygodne sekrety firmy naftowej.


ISBN 978-83-941355-2-2

Wymiary: 148 na 210 mm, 368 stron, okładka miękka ze skrzydełkami

Cena: 34,90 z wysyłką

 

OPINIE O KSIĄŻCE NA PORTALU Lubimyczytac.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ŁUKASZ CZESZUMSKI REPORTERSKIE PORTFOLIO. Wszystkie prawa zastrzeżone - CL Media