

Idziemy na jedzenie, tego nam najbardziej brakuje po długiej drodze. Proponuję chłopakom restaurację "Smaki Amazonii" w której serwują tajemniczej prowieniencji kiełbasy z tłuczonymi platanami. Słowo "kiełbasy" może być nieco mylące. To takie tradycyjne danie regionu, w smaku dość obrzydliwe, ale głodny człowiek w końcu wszystko zje. Poza tym trzeba próbować lokalnej kuchni w nowych miejscach, prawda?
Zamawiamy
posiłek i zanim
usłyszę pierwsze narzekania z ust moich współtowarzyszy, idę
w
ustronne
miejsce aby
zadzwonić do znajomego policjanta z DIRANDRO. Okazuje się, że nie ma go
na miejscu, awansował i
przeniesiono go do Limy. Podaje mi dane swojego następcy zapewniając,
że nie będzie problemu z załatwieniem możliwości nakręcenia filmu.


W Peru działają po rozpadzie "sił rewolucyjnych" dwa odłamy Świetlistego Szlaku. Najbardziej terrorystyczny jest odłam z Ayachucho (a dokładniej VRAE). Raz po raz dokonuje on śmiałych i okrutnych ataków. Dobry przykład - akcja w 2009 w jednej z prowincji Ayacucho. Partyzanci uderzyli w nocy na wioskę San Jose de Secce. Było ich sześćdziesięciu, uzbrojonych w kałasznikowy, granatniki i bomby domowej roboty.
Rebelianci uderzyli na plac z czterech stron. Jedna grupa zajęła budynek szkoły sąsiadującej z komisariatem, aby z jej dachu mieć dogodne pole ostrzału.
Pocisk z
granatnika rozbił na kawałki betonowy mur komisariatu.
Policjanci przez chwilę bronili się w środku. Po kilku detonacjach
improwizowanych bomb dach budynku posypał się na pomieszczenia. W
eksplozjach zginęło dwóch policjantów a kilku innych
zostało rannych. Dowódca widząc, że
budynek nie
wytrzyma takiego ataku przez długi czas, zdecydował aby otworzyć drzwi
i wybiec na zewnątrz, aby skonfrontować się z napastnikami. Ta decyzja
okazała się najlepszą możliwą. Policjanci wybiegli na plac i w małych
niezależnych grupach odbili budynek szkoły, następnie spychając
rebeliantów w boczne ulice. Walka przeniosła się w dalsze rejony
miasteczka.
Walka była zajadła (mieszkańcy opowiadali dziennikarzom, jak kryli się pod łóżkami myśląc, że wieś jest bombardowana), ale zdołano odeprzeć atak. Gdy po godzinie przybyły posiłki z najbliższej bazy wojskowej, rebelianci uciekli zabierając swoich zabitych towarzyszy.

Rewolucja
profesora Guzmana:
A teraz trochę historii...
Tocząca się w latach 1980-92 wojna domowa w Peru była brudnym konfliktem, po którym nie postawiono żadnego pomnika, nie ustanowiono żadnego uroczystego święta, nie wyniesiono na piedestał żadnych bohaterów.
Reprodukcja gazety z wczesnych lat 90 - peruwiańscy dziennikarze zmasakrowani w okolicach Huanta:

Jedynym, do tego mało znanym miejscem pamięci po tej wojnie jest skromne muzeum na przedmieściach Ayacucho oraz skromna wystawa w Muzeum Narodowym w Limie. Założono je tylko dzięki inicjatywie ludzi (w większości bardzo ubogich), którzy stracili w konflikcie swoje rodziny.
Wystawy, prezentujące serie zdjęć porzuconych w zbiorowych mogiłach zabitych są dopełnieniem inskrypcji: „Ginęły dzieci i starcy, mężczyźni i kobiety. W trzech czwartych – Indianie”.

Maoistowska partyzantka założona przez profesora filozofii Abimaela Guzmana narodziła się niewielkim mieście Ayacucho w środkowych Andach, po czym rozprzestrzeniła w ciągu kilku lat na połowę państwa. Senderyści wyrośli z biedy i nierówności postkolonialnego kraju a potem, niczym Czerwoni Khmerowie z Kambodży, zamienili się w rzeźników własnego narodu.

Nastoletni partyzanccy sędziowie i kaci
zarazem zabijali ludzi według zasady „kto nie z nami, ten
przeciw nam”.
Jednocześnie rujnowali infrastrukturę rozumując, że tak najszybciej
doprowadzą
rząd do bankructwa i oddania władzy. Po mordach na wsi i atakach na
wojsko i policję zaczęli kampanie terrorystyczne w miastach.
Ówczesna armia i tajna
policja nie
ustępowały im w okrucieństwach. Przez 12 lat wojny partyzanci pospołu z
wojskiem wymordowali 70 do 100 tysięcy ludzi.

Zakończenie było nieoczekiwane. Pewnego dnia policja wkroczyła do zamożnego domu w Surquillo, jednej z najbardziej ekskluzywnych dzielnic Limy. To w tym miejscu ukrywał się profesor Guzman kierując swoją rewolucją. Schwytany i osądzony przywódca Świetlistego Szlaku został zamknięty w celi wybudowanej pod powierzchnią morza w bazie marynarki w Callao koło Limy, gdzie siedzi do dziś. Szybko wpadli inni szefowie organizacji. Budzące grozę Sendero Luminoso posypało się niczym domek z kart.
Kokaina przejęta w roku 2009, zamaskowana w ciężarówce z owocami:

W Peru zapanowała wstrząsana okazyjnie korupcyjnymi skandalami oraz częstymi zamieszkami demokracja. Ekonomię pomagała odbudować rosnąca turystyka. Ale jak mówił mi O. Stanisław Olbrycht, polski Franciszkanin od lat żyjący w Ameryce Południowej, - Ta wojna nie skończyła się, ona tylko zapadła w uśpienie. O. Olbrycht zna dobrze Peru czasów wojny. To on objął parafię w Pariacoto, gdy w 1991 terroryści Świetlistego Szlaku zamordowali tam dwóch polskich księży - Skazano tylko przywódców. Szeregowi członkowie Sendero zakopali swoją broń do czasu, aż znowu będzie potrzebna.

W istocie Sendero przetrwało, w liczbie ok. 500 ludzi, kryjąc swoje oddziały po górach i utrzymując ich z haraczy ściąganych z producentów kokainy. Od czasu do czasu atakując konwoje wojskowe (zwykle zmierzające w kierunku nielegalnych plantacji koki, aby je wycinać). W ostatnich latach rozrasta się coraz bardziej. Uderza na małe miasteczka i próbuje odbudować dawne wpływy. Partyzantów ani ich wojny nie widać poza trudno dostępnymi prowincjami Ayacucho czy Huallaga, ale za to robią oni interesy nawet z kartelami z Meksyku i Kolumbii.

Gdy kraj stara się zapomnieć o krwawej przeszłości,
do dziś męczy się z jej skutkami. Nawet w stolicy. Każdy, kto wyjeżdża
z Limy
musi przejechać przez niekończące się morze slumsów.
Miejscowi nazywają je ciudades
jovenes – młode miasta, bo tworzyły się z dnia na
dzień, rękami rzesz
uchodźców z głębi kraju, których prowadził strach
przed wojną domową.
Tą samą wojną, która wciąż się toczy, chociaż wygląda zupełnie inaczej.

Koka
i dzieci-żołnierze:
- To co się dzieje, to nie jest żadna nowa wojna domowa – uważa Cesar Duncker, obecnie komendant policji w Ayacucho. – Prawdziwego, rewolucyjnego Sendero Luminoso nie ma już od wielu lat. Ci, którzy używają tej nazwy to bandyci na usługach mafii narkotykowej. To prawda, że ich grupy są dobrze wyszkolone i wyposażone. Ale ich celem nie jest zdobycie władzy w państwie, tylko osiąganie zysku z handlu narkotykami.

Miliony
turystów odwiedzających każdego roku
słynne ruiny Machu Picchu rzadko mają pojęcie, że zaledwie

Powiązanie kokainy i Sendero nie jest przypadkowe. Składa się, że mapa terenów, na których działa Sendero Luminoso pokrywa się idealnie z terenami upraw koki. Partyzanci utrzymują strefy produkcji narkotyków pod swoją kontrolą, ściągając opłaty za „ochronę” od laboratoriów kokainowych. Z tego utrzymuje się obecnie Świetlisty Szlak. W dzisiejszych czasach nikt o zdrowych zmysłach nie wspiera organizacji rebelianckiej która zasłynęła tylko z tego, że wymordowała wielu ludzi. Senderyści zachowali się w rejonach produkcji kokainy i tam roztoczyli władzę absolutną.

Od niedawna organizują też transport narkotyków, a nawet nawiązują kontakty z zagranicznymi kartelami. Współczesny Świetlisty Szlak korzysta z wzorca kolumbijskiej partyzantki FARC, która finansuje się na narkotykach i porwaniach, a zyski pozwalają jej na dokonywanie śmiałych ataków antyrządowych.

- Plantatorzy koki zawsze działali na obrzeżu prawa i jednocześnie wiedzieli, że jeśli zyskają zaplecze polityczne, mogą zapewnić sobie nietykalność – tłumaczy pułkownik Vilchez z policyjnego wywiadu – plantatorzy nie potrafili się zjednoczyć, wciąż się kłócili. Dopiero Sendero Luminoso zaczęło ich organizować tworząc alians, który trwa do dziś.

Świetlisty Szlak działa obecnie według modus operandi wzorowanego na kolumbijskiej partyzantce FARC. Są dowody na to, że Senderyści próbowali rozpocząć współpracę z FARC, lecz kolumbijczycy nie chcieli na nią przystać. Sendero stara się "podrabiać" strategię kolumbijskiej partyzantki. Roztacza przymusową „opiekę” nad rejonami upraw koki, stamtąd robiąc zbrojne wypady na kolumny wojska czy bazy policji w najbliższych miasteczkach.
Policjanci z Ayacucho oficjalnie lekceważą siły i możliwości terrorystów. Po godzinach jeden z nich demonstruje mi film, który otrzymali od kolegów z Kolumbii.
ŁC - ten film umieściłem niedawno na youtube. Znajduje się pod tym linkiem: http://www.youtube.com/watch?v=r2sxkp1yn3s

- Chłopaki, naprzód! – Partyzant wrzeszczy gromkim głosem i równocześnie naciska spust. Karabin pruje długą serią. Amunicję podaje inny partyzant, może 14-letni chłopak. Na jego dziecięcej twarzy ani śladu strachu czy zwątpienia. Wojna to dla niego czysta rutyna. Z ust zwisa papieros.
Od
karteczek do zabójstw
- Żyjąc tutaj nikt nie może czuć się bezpiecznym – przyznaje Margarita Patiño, mieszkanka Huanta, wioski położonej przy umownej granicy z VRAE.
Margarita Patino przed swoim domem. Po zamordowaniu męża wszystko zaczęło zmierzać ku gorszemu

Obok hacjendy Margarity rozciąga się plantacja barbasco, z którego owoców produkuje się środki na insekty. Ta plantacja zapewniała rodzinie wygodne życie, zanim nie zaczęły się, jak to określa Margarita „czasy ludzi w kominiarkach”.
Terroryzm pojawił się w Huanta w roku 1982. Zaczęło się nie od wystrzałów ani masakr, a od małych papierowych karteczek. Rozprowadzano je w całej wiosce, z rąk do rąk. Na każdej karteczce była data i dwa słowa – paro armado, oznaczające całkowitą blokadę. W podanym dniu zabronione było otwierać sklepy, pracować i gromadzić się. Na karteczkach nie było nawet wzmianki o tym, że do tego, kto złamie blokadę, przyjdą w nocy partyzanci w czarnych kominiarkach, aby wykonać wyrok. Nikt nie odważył się złamać zakazu.
Wysadzony skład na owoce rodziny Patino nie został odbudowany do dziś

To była ich demonstracja siły. Kilka lat potem zdeprawowani żołnierze zamordowali męża Margarity, którego podejrzewali o konszachty z Świetlistym Szlakiem. Przeszedł obok dwóch żołnierzy, pilnujących wyjścia z wioski. Strzelili mu w plecy. Potem ciało rozwalili granatem, aby zatrzeć ślady.
- Wojsko
w tamtych czasach zabijało z byle powodu – tłumaczy
Margarita – Mówili,
że jeśli przyjdzie zamordować stu niewinnych, aby dostać jednego
winnego, to
jest to dobry układ.
Margarita nie chce opuszczać Huanta, chociaż wielu jej sąsiadów mówi, że czasy terroru wracają, i najlepiej już teraz przenieść się w spokojniejsze okolice.
Mieszkańcy Tingo Maria twierdzą, że okolica jest teraz dość spokojna. Dobrze pamiętają czasy sprzed 10 czy 20 lat, gdy Senderyści regularnie atakowali pobliską bazę wojskową (za jednym razem wybijając w niej prawie wszystkich żołnierzy), a co kilka dni znajdowano wyrzucane na szosach ciała cywilów zabitych za „współpracę z władzami”.

- To była przesyłka dla Senderystów, pytanie tylko, od kogo to kupili. To był standardowy sprzęt z arsenałów armii Peru. Niestety, partyzanci mają obecnie dużo pieniędzy na korupcję – stwierdza bez specjalnego zakłopotania funkcjonariusz.

Lider Świetlistego Szlaku jest znany jako „towarzysz Artemio”. Tylko tak, bo nie wiadomo, jak szef terrorystów nazywa się naprawdę. Znane są personalia z kilku używanych przez niego kompletów fałszywych dokumentów. Znana jest też jego twarz, wydrukowana na listach gończych w kilku wersjach – z wąsami i bez, w okularach, i ze sztuczną brodą. Z dumą prezentuje te listy generał Luis Valencia, szef policji w rejonie. Jednocześnie opowiada, że podczas lipcowej operacji kryptonim Volcan policja uderzyła na główny obóz Świetlistego Szlaku. Artemio zdołał uciec, ale zabito jego zastępcę i schwytano 14 partyzantów.

- Dopadniemy wszystkich, to tylko kwestia czasu – deklaruje generał – dziś Senderyści nie mają żadnej mocy politycznej. To po prostu ochroniarze mafii. Czują się mocni, gdy uderzają z zaskoczenia i mają znaczną przewagę liczebną. Gdy atakujemy ich obozy, po prostu uciekają. Czasem strzelą kilka razy w naszą stronę na postrach, ale to wszystko, na co ich stać.

W lokalnym radiu nie słychać ani słowa o walkach z senderystami, ale za to, co kilkanaście minut muzyka przedzielana jest nietypowym komunikatem: Nie konsumuj ani nie transportuj narkotyków. Życzy radio estrenos inolvidables.
Nikt w Tingo Maria nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, ile jest Świetlistego Szlaku w narkotykach, ani ile narkotyków pod kontrolą partyzantów. Wszyscy za to wiedzą, że zjawiska te idą ze sobą ręka w rękę. Wiedzą też jeszcze coś - że walka z nimi to jak walka z wiatrakami.

Artykuły w gazetach również nie poświęcają większej uwagi atakom, których dokonał Artemio. Rozpisują się za to bardzo szeroko o nowych ziemiach i rezydencjach, które kupił sobie, swoim współpracownikom i swojej narzeczonej za pieniądze z kokainy.
Według opowieści krążących wśród miejscowych, najnowsza wybranka szefa terrorystów żyje jak w bajce, a jej rodzice należą teraz do najzamożniejszych rodzin chłopskich w rejonie.


Dawni szefowie Sendero Luminoso wykorzystywali niezadowolenie ubogich Indian. Obiecywali udział we władzy i równy podział bogactwa w państwie. Z tych obietnic oczywiście nic nie wyszło. Rewolta przyniosła zrujnowanie wsi, upadek infrastruktury, i dziesiątki tysięcy niewinnych ofiar.
Napoleon Bonaparte powiedział kiedyś, że do prowadzenia wojny najważniejsze są trzy rzeczy – pieniądze, pieniądze, i jeszcze raz pieniądze. Tą lekcję zrozumieli też peruwiańscy terroryści. Postawili na kokainę, bo ona została jako jedyny czynnik ich przetrwania.

Patrol:


W Monzon od dziesiątek lat nie istnieje żadna siedziba oficjalnych władz. Dolina to teren władzy absolutnej narkotyków i partyzantki. Tak, jak "czerwone strefy" w Boliwii. Co je odróżnia, że w Boliwii "strefa" to wioski produkujące biały proszek. Tutaj "strefa" nie jest niezorganizowaną konfederacją trafikantów. Kontroluje ją Świetlisty Szlak, działając jako ochrona fabryk ale również jako system hurtowego skupu gotowego narkotyku. Mimo wszystko jednak wciąż daleko Senderystom do stopnia organizacji, jaki posiadają partyzanci kolumbijscy. Raporty z kontaktów bojowych policji i rebeliantów w Huallaga są dość częste, ale jeśli się w nie zagłębić, to nie opisują zaciętych walk.
- Partyzanci działają jako ochrona fabryk, ale w obliczu policyjnej akcji zawsze ich priorytetem jest ucieczka. Strzelają na postrach, żeby dać chwilową zaporę i czas na ucieczkę dla swoich ludzi. Prawie nie prowadzą też działań zaczepnych.

Policjanci z bazy w Tingo wyjeżdżają na akcje kilka razy w tygodniu. Jadą wtedy, gdy dostaną podaną lokalizację fabryk narkotyków od wywiadu. W praktyce chodzi o donosicieli, którzy zgłaszają policji istnienie fabryki i jej miejsce.

W zamian za informację policja płaci informatorowi 1-1.5 tysiąca soli (ok. 1.1-1.65 tysiąca złotych). To na peruwiańskiej wsi pieniądze duże, ale obarczone dużym ryzykiem. Jeśli donosiciel zostaje zdemaskowany - czeka go kara śmierci. Zmasakrowane ciało często zostaje potem wyrzucone na pobocze ruchliwej drogi - jako odstraszający przykład dla innych.
- Ludzie, którzy przychodzą do policji aby sprzedać informację o fabrykach kokainy mają bardzo rozmaite motywacje - mówi oficer - są tacy, którzy po prostu lubią pomagać prawu przeciwko przestępczości. Innym chodzi tylko o pieniądze. Jeszcze innym o zemstę - pracowali w fabryce i zostali oszukani albo chcą pogrążyć sąsiada, którego nie lubią. Część, nie ma co tu kryć, to sami trafikanci, którzy po prostu eliminują konkurencję.

W prywatnych rozmowach policjanci z Tingo przyznają, że nie mają zbyt wielkiej wiary w sukces globalny wojny z narkotykami. Zresztą znając sytuację, trzeba być bardzo naiwnym, aby wierzyć w ten sukces. Dobrze wiedzą, że w tym samym czasie, gdy oni palą jedną fabrykę, gdzieś daleko powstaje następna. Że gdy oni przechwytują sto kilogramów kokainy, na drugim końcu kraju pół tony przechodzi przez granicę w drodze do rynku zbytu.

Tutaj w Peru każdy przejęty kilogram "towaru" oznacza za to, że mniej pieniędzy trafi do kieszeni niebezpiecznych grup zbrojnych powiązanych ze Świetlistym Szlakiem. Ale terroryzm to tak naprawdę tylko ułamek machiny handlu narkotykami. Czysty i duży pieniądz z narkotyków nie zna ideologii, a chciwość to pokusa uderzająca w każdego. Duże pieniądze to zawsze wielka gratka. Jeśli w dodatku szansa na nie pojawia się u ludzi biednych i bez perspektyw, trudno dziwić się ich wyborom.
Ten mężczyzna został poddany rutynowej kontroli na dworcu autobusowym w Tingo Maria. W jego kieszeni znaleziono dwie kapsułki z kokainą (normalnie używane do przemycania narkotyku w żołądku). Zatrzymany posiadał przy sobie również bilety na przejazd do Limy, oraz lotnicze - na lot do Santiago w Chile i potem Sydney w Australii.
Okazało się, że mężczyzna przewozi w żołądku prawie 2 kilogramy kokainy (to bardzo duża ilość, zwykły przemytnik potrafi połknąć maksymalnie ok. 1 kg). Opowiedział, że dwie pechowe kapsułki które go zdradziły nie chciały "zmieścić się w gardło". Zabrał je do kieszeni, aby połknąć w Limie na lotnisku przed lotem, gdy "żołądek się rozciągnie".



Komendant Cesar Duncker to wesoły, rzutki “kowboj”, który wiele lat przepracował w wydziale operacji specjalnych. Opowiada o swojej pierwszej udanej akcji, gdy był młodym policjantem wysłanym w latach 80. do Tingo Maria.

- Miałem czterech ludzi. Kręciliśmy się w okolicach Local del Progreso, małej wioski na terenach zdominowanych ówcześnie przez Sendero i grupy trafikantów. Na drodze dzień wcześniej spotkaliśmy dwóch mężczyzn, jadących na motorze. Na nasz widok zaczęli uciekać. Wyjęli broń, ale jej nie użyli. Dopadliśmy ich i zabraliśmy do bazy.

Na motorze wieźli kokainę, osiem kilo. Po kilkugodzinnym przesłuchaniu podali nam miejsce, gdzie mieści się fabryka. To, co zobaczyłem w tej dżungli, przekroczyło moje oczekiwania. Wielka fabryka, ukryta w zabudowaniach gospodarczych, kilka kilometrów od głównej szosy. Trafikantów była cała gromada, a ja tylko z czterema ludźmi. Nasze szczęście, że zaskoczyliśmy ich kompletnie.

Jeden, siedzący za kierownicą ciężarówki, wyjął karabin, ale zanim zdążył strzelić, jeden z moich kolegów wskoczył do szoferki i obezwładnił go.
Aresztowaliśmy 11 osób. Przejęliśmy

- Ale najlepszy jest ciąg dalszy - kontynuuje Cesar - Jakieś trzy miesiące potem szedłem sobie po deptaku nadrzecznym w Iquitos, gdy ktoś zawołał mnie po nazwisku. Odwróciłem się i zobaczyłem ku swojemu zdziwieniu tego samego szefa trafikantów, którego wtedy zamknąłem. Stał oto przede mną, wolny jak ptaszek i z uśmiechem na twarzy. „Co, Duncker?” – Powiedział. – „Wtedy nie chciałeś przyjąć moich pieniędzy. Trochę więcej musiałem wydać na adwokata oraz łapówkę dla sędziego, ale jak widzisz - jestem już na wolności. I co ci z twoich zasad przyszło, kolego?”. Wyśmiał mnie i poszedł w swoją stronę.

Łukasz Czeszumski, 2010