ŁUKASZ CZESZUMSKI - MOJE ŻYCIE
wersja osobista, tylko dla wiernych czytelników...
Zaczęło się od marzeń o wielkiej przygodzie.
Często w życiu jest tak, że marzymy o czymś wielkim, a potem zapadamy w bagno szarej codzienności, dajemy się nieść zwyczajnemy życiu jak liść na wietrze, i w końcu zapominamy o naszych marzeniach. Zdradzamy je myśląc, że tak trzeba. Słuchamy tych co mówią, że tak trzeba.
Był pewien moment w moim życiu, w którym poprzysiągłem sobie sobie, że nie zdradzę moich marzeń. Że gdybym to zrobił, to wtedy ja - ten starszy, spolegliwy, pogodzony z nudnym życiem ja musiałbym wrócić do przeszłości i spotkać się z sobą samym który poprzysięgał, i stracić cały szacunek do samego siebie.
Podjąłem decyzję, i potem los już zawsze pchał mnie ku przeznaczeniu: wielkiej przygodzie. Los, zamiast stawiać opór, poddał się i zaczął mnie wspomagać.
Uciekłem z nudnego życia. Dni mijających martwo jeden za drugim.
To były autostopowe włóczęgi po Europie.
Różne dorywcze prace.
Ale już to były marzenia, za którymi szły konkretne plany.
Bo wiedziałem, że nie wystarczy marzyć. Marzenia, którym nie pomagamy się spełnić, są nic nie warte.
Zacząłem życie reportera. Tak po prostu. Postanowiłem od razu rzucić się na głęboką wodę.
Zacząłem jeździć na wojny jako niezależny reporter. Pisałem z tych miejsc reportaże do gazet i robiłem zdjęcia do agencji fotograficznych.
Na wojnie bowiem szukałem doświadczenia. Okazji do zrozumienia świata i ludzi. Bo to na wojnie wychodzi z ludzi to, co w nich najgorsze. I to, co najlepsze. Tam w najbardziej ekstremalnych przeżyciach można poznać zasady władające naszym światem. Tam i w autentycznych podróżach.
Odkrywając świat, doświadczając doli i niedoli, próbując się z losem, poznajemy własne wnętrze. Świat jest taki wielki i fascynujący. Tak wiele się w nim dzieje. Każdego dnia, każdej chwili, w każdym miejscu. Jakim grzechem jest nie próbować tego poznać, i zamykać się w swoich osobistych jaskiniach?
Zbliżałem się wielokrotnie do granic ryzyka, aby gdy do nich dotrę, poznać samego siebie. Tańczyłem na krawędzi, bo tylko na niej dostrzega się wszystko tak jasne i oczywiste.
Były i złe chwile. Były zwątpienia. Pytałem wtedy sam siebie - I po co ci to było?!
Z czasem nauczyłem się, że właśnie rozczarowania, upadki, sytuacje beznadziejne - które często wydają nam się sytuacją końcową i ostateczną przegraną - one są otwarciem nowych możliwości. Po nich nagle następuje gwałtowny zwrot na plus. Być może to są bramy, które zawsze trzeba przejść w drodze do celu? A być może są tylko ślepymi uliczkami w których gdy utkniemy, orientujemy się, gdzie biegł właściwy szlak? W końcu tylko ten nie błądzi, który nigdzie nie poszedł.
Nauczyłem się, że zawsze należy iść w zgodzie z własnym instynktem. Choćby nawet kierował on do pewnej zguby. Zawsze trzeba iść własnym szlakiem.
Życie daje nam tyle, ile sami od niego wymagamy. To działa. W jakiś magiczny sposób to działa.
Moim pierwszym sensem stało się poszukiwanie przygód. Jeźdżenie wszędzie tam, gdzie one mogą na nas czekać. I nie ma na to wiele czasu. Mamy tylko ileśtam lat na to życie, i trzeba ten czas wykorzystać do maksimum.
Moim drugim sensem stała się twórczość.
Zawsze ucieczką były dla mnie książki. Pochłaniałem je setkami już w podstawówce. To była ucieczka w krainy wielkich przygód. Dawały mi wiarę, że wielka przygoda może stać się i moim udziałem. Wystarczy uwierzyć. Wystarczy uwierzyć, że ich rzeczywistość i ich bohaterowie mogą stać się moją rzeczywistością, a ja stanę się jednym z bohaterów.
Wcześnie zacząłem moje pierwsze próby literackie. Trudna, cierpliwa, pełna zwątpień walka z oporem papieru i wyobraźni. Tworzenie interesujących historii i ich opisywanie. Radość, wręcz euforia, którą daje pisanie.
Kiedyś pewien bardzo mądry człowiek powiedział mi: "W życiu najważniejsze są dwie rzeczy: twórczość i miłość". Tak naprawdę tylko te dwie rzeczy mają znaczenie.
Z latami pisałem coraz więcej i więcej. Artykuły, potem reportaże. Wreszcie książki. One okazały się moją właściwą drogą. Nie wiem, czy będą je wydawali. Pisanie to jak najsilniejszy narkotyk. Samo ich tworzenie daje mi życiowe spełnienie. Chciałbym, by czytelnikom ich czytanie sprawiało taką samą przyjemność. Staram się, aby tak było.
Fragmenty dzienników z różnych podróży, poskładane chaotycznie i z wyboru:
ROK 2004 - WYBRANE ZAPISKI Z PAMIĘTNIKA Z PODRÓŻY DO AZJI
Sierpień 2004: Warszawa, Ambasada Indii:
Urzędniczka pyta się:
- Ma pan rezerwację biletu?
- Nie, jadę drogą lądową.
Przynosi kartkę i mówi, bym wypisał całą trasę w punktach. Robię to. Dziwi się.
- Nie boi się pan jechać tak sam?
- Do Indii? Czemu?
- No Indie są bezpieczne, ale na przykład Afganistan...
Co za bzdura. Cholernie się boję. Ale przecież trzeba.
Co, może lepiej całe życie przesiedzieć w jakimś cholernym biurze?
Wrzesień 2004, Iran, Teheran:
Stacja jak już pisałem, pełen wypas. W kasie biletowej mówią po angielsku. Obcokrajowcy dostają bilet od ręki mimo że miejscowi muszą rezerwować na 10 dni naprzód. Siedzę w poczekalni, przybiega jakiś koleś i prosi o paszport, żeby wypisać mi bilet. Niedługo potem zjawia się facet w mundurze, salutuje:
- Sir, pański pociąg za chwilę odjedzie.
W telewizorze leci dramatyczny film wojenny produkcji miejscowej. Gość łazi sobie załatwiając sprawy, w pewnych momentach trafiają go wspomnienia z wojny, wtedy zbliżenie twarzy i niewiarygodnie długie ujęcie. Akompaniament to ponure widoczki i smutna muzyka. Nie dane mi zobaczyć końca, bo przyłazi policjant w wielkiej czapce, unosi pilota, i władczym gestem wyłącza telewizor.
W pociągu mimo że II klasa, wygodnie. Sypialny. Ciasnota - 6 prycz na przedział. Pociąg zatacza krąg wokół miasta. Mijamy fabryki, cementownie, a na końcu już tylko zapuszczone osady z cegły mułowej. Szybko nudzą mnie te widoki. Walę się na górną pryczę, nakrywam kocem po uczy, plecak zamiast poduszki, i zasypiam.
Teheran:
Budzę się o 7 rano, tuż jak dojeżdżamy do Teheranu. Wysiadam na dworcu głównym, potężnym niczym lotnisko. Eleganckie sklepy, czysto. Wlaściwa jedyna różnica między tym i dworcami pierwszego świata, to że tu kobiety w chustach i czarnych sukniach. W poczekalni w telewizorze leci "Tom i Jerry".
Gadam z jakimś facetem.
- My Irańczycy nienawidzimy Talibanu - mówi - oni zbarbaryzowali Islam. Dla nas religia to sprawa indywidualna, bin Laden używa jej jako wytłumaczenia dla przemocy. Nie jedź do Afganistanu, tam cię od razu zabiją.
Zmieniam temat, pytając go o to, jak wygląda Iran w tyle lat po rewolucji:
- To była zwykła, polityczna rewolucja. Jako rewolucja religijna, islamska, ona nie powiodła się. Irańczycy nie stali się po niej fanatykami, nie stali się nawet ani trochę bardziej religijni. Poza tym, że przyniosła pewne zakazy i nakazy, jak zakaz spożycia alkoholu czy burki dla kobiet, jednak jako prawo, jest mało skuteczne. Normy moralne są dalekie od wzorów ajatollahów, i wciąż się zwalniają. To co pozostaje - to spuścizna dawnej kultury Perskiej. To jest to, co odróżnia nas od otaczającego nas morza BARBARZYŃSTWA (po czym wymienia - byłe ZSRR, Afganistan, Pakistan, Irak i Turcja).
- Ameryka - wydyma pogardliwie usta - czy znasz kraj częściej zmieniający sojuszników? Ameryka nie ma przyjaciół, ona ma tylko aktualne sojusze. Kiedyś wspomagała Mudżahedinów w Afganistanie, potem z tymi samymi walczyła. W czasach wojny Iraku z Iranem USA wspomagała Saddama, kto dziś o tym pamięta? A potem oni sami obalili Saddama.
Wtorek, Teheran:
W Teheranie mieszkam u rodziny Nansura. Polecił mi ich Ben z Kalifornii. Długa historia...
Nansur był pułkownikiem armii. Został nim jeszcze przed rewolucją. Jak mówi, dzięki temu był bardzo dobrze wyszkolony, i po drugie, po rewolucji był gnębiony przez nowych szefów. Awanse przychodziły z nadania politycznego. 8 lat non stop na froncie, walcząc z Irakiem. Tylko ci z układami z polityki mogli siedzieć sobie na tyłach, bezpieczni od kul. Raz na miesiąc przepustka na 3 dni.
Nansur jest teraz cywilem, niedługo emerytura. Pracuje w sklepie sprzedającym paski klinowe. Pokazuje mi swój sklep - pułki ze zwałami pasków od ziemi po dach. "Sprowadzam z Korei i Danii. To dobre paski, nie to co chińska tandeta" - mówi.
Czwartek:
Wyspałem się całkiem nieźle. Rano o 8:00 jedziemy z Nansurem do Ambasady Afgańskiej.

Kłębi się tłum przed wejściem. Faceci w turbanach, brodaci, dostojni. Nikt się nie przepycha, ani nie żołądkuje. W końcu dobijamy do środka. Chcą mnie od razu odwalić do polskiej ambasady po jakieś pierdolone zezwolenie, ale wyciągam mój glejt, i typ już uspokojony daje formularz. Wiza będzie za 3 dni. Wnerwia mnie, bo zabierają glejt. Nie będę miał żadnego na Afgan.
Zwiedzam z Nansurem stare targowisko z dywanami. Niesamowite, niektóre dywany wyszyte z obrazów lub fotografii z niezwykłą dokładnością. Dywan taki robią dwie osoby przez 6-12 miesięcy. Wszystko ręcznie, bo tylko to zapewnia jakość.
Przeglądając wieczorem w domu materiały stwierdzam:
"Kończą się czasy wojen międzypaństwowych. Korespondent wojenny przyszłości będzie tylko na wojnach państw przeciw rebeliom".
Zapisuję to i podkreślam. Potem idę spać.
foto Iran:




BAM, Iran:
Bus jedzie i jedzie, 2 godziny przespałem, budzę się, i myślę - a co to, już Bam? ale zaraz widzę tablicę: Bam - 45 km.
Dojeżdżamy, widzę nieopisane morze ruin, i na rondzie bus mnie wysadza. Biorę taxi i mówię - centrum. Gość to chyba debil, po długiej chwili coś mamrocze o szosą przez to morze ruin gdzie wzdłóż drogi, wśród wraków samochodów i żyją w namiotach tysiące ludzi.
Zatrzymujemy się przed ruiną, na której ścianie jest napis: Kafar Turist Inn. Otwieram drzwi, za ciekawie to nie wygląda, jakaś komórka, nawalone kupa łachów na środek, śpi na tym jakiś Afgańczyk.
Idę na drugą stronę. Dwaj blondyni siedzą na murku i gadają po polsku. Hotel się rozwalił, ale można nocować w namiocie (wielki brezentowy namiot z czerwonego półksiężyca, w środku warstwa dywanów i klimatyzator). Płaci się co łaska.
Biorę aparaty i idę na trzy godziny w miasto.
Po powrocie zmachany, karta skończona, w lustrzance zaciął się film. Zjebany jak nigdy, padam na pysk.
Wieczorem przemyślenia: A więc wszystko się samo zawsze jakoś samo układa. Człowiek jest jakby bezwolną zabawką, prowadzoną przez przeznaczenie. Jak dobrze, że gdy owo szczęście sprzyja, marzenia się spełniają, a wytrwały wędrowiec z uśmiechem pokonuje trudności zyskując wszystko to, co najcenniejsze.
FOTO Z BAM:






Kerman, dworzec autobusowy:
Siedzę na plecaku, czytając książkę Kąkolewskiego. Jakiś koleś się zjawia, pyta o coś. To Szwajcar, Jerome. Ciekawy gość, nietypowy. Broda, obszarpane ubranie, spalony słońcem. Ciekawy wypadek w chwili gdy rozmawiamy - w tym momencie jakiś typ wpada do poczekalni i coś krzyczy, wywala kogoś na zewnątrz. Moje skojarzenie - widziałem to już gdzieś, kiedyś - na dworcu Gara Nord w Bukareszcie, 2 miesiące temu. Jerome mówi nagle: Wiesz, co? W tym momencie przypomniał mi się Bukareszt. To była grudniowa noc. Tłumy ludzi bezdomnych skryły się na dworcu, siedzieli stłoczeni pod ścianami i na peronach, zziębnięci i śpiący. Potem wpadli ochroniarze - młodzi, agresywni łebcy w wojskowych buciorach i milicyjnych kaskach, łazili bandami i krzyczeli, szarpali, lali za kołnierz lodowatą wodą z kubka. Jak ktoś był potulny, to go zostawiali. Jak się stawiał, to wykopywali go za drzwi, na ulicę. A tam mróz, zawieja.
Jerome jest szkutnikiem. Budował łodzie w Hiszpanii. Jedzie na Indonezję ze Szwajcarii na rowerze. Zamierza zamieszkać na Indonezji, robić statki. Tak, jedzie rowerem. Już kilka miesięcy. Zawrócili go z granicy Pakistanu, bo nie miał wizy. Musiał wracać do konsulatu.
Jego cel życiowy, to jak mówi - być blisko natury. Nie śpi w hotelach a na pustyni, bo lubi przed zaśnięciem patrzeć w gwiazdy.
- Jesteśmy cywilizacją tuż przed momentem przesilenia. Potem będzie rozpad - mówi - niedługo nastąpi puf!. Chociaż wydaje się, że nie można tego powstrzymać, nie można zmienić świata. Ale można zmienić siebie. Stać się świadomym. Zmienić świat, który masz w sobie.
Yazd, Iran:
Idę na dach. Rozkładam się. Długo patrzę w gwiazdy. Z góry widać też kobietę w czerni, która godzinami wyczekuje w progu swojego domu nie wiadomo na co, i tyle. Potem spać. Noc stasznie zimna, na kamieniach, więc marnie.
Rano spacer po uliczkach starej dzielnicy. Wąskie uliczki, labirynt istny, meczeciki, domy zamieszkane i opuszczone, snujące się i łopoczące sukniami perskie kobiety.
Do Masshad, Iran:
Piorę rzeczy, zbieram się i lecę piechotą do terminalu. Dopadam busa akurat, gdy odjeżdża. Masshad za 900 km.
Jazda to piekło. Długa i męcząca, a w trzęsącym autobusie nie sposób zasnąć. O 3:00 w nocy kierowca się zmęczył, zatrzymał wóz na jakimś zaułku i poszedł spać. Nikt nie protestował. Po 3 godzinach wstaje, przeciąga się, i jedziemy. No i zabłądził. Stanął na rondzie na zadupiu. Wysiada. Ludzie idą na sikanie. W końcu zjawia się kierowca. Jedziemy dalej.
Świt nad pustynią niebywałej urody.
październik 2004, AFGANISTAN, Tajbad-Herat:
Na granicy szał, chaos, tłumy Afgańczyków w turbanach siedzą na ziemi czekając na oddanie paszportów. Dziecko w łachmanach goni, piszcząc o bakszysz, na jeden gest brodatego żołnierza się odczepia.
Wymieniam walutę. Oczywiście typ chce mnie oszukać, po kłótni dostaję swoje.
Dojazd do Heratu zbiorowym taxi. Jeden z współpasażerów przedstawia się i mówi:
- Popieram bin-Ladena - chwali się z uśmiechem - bin Laden good! Bush bad!
- Ismael Khan? - pytam się.
- Ismael Khan good - stwierdza.
120 kilometrów do Heratu.
Świat zapadły. Putynie i łagodne góry. Wioski z chałupami z gliny. Zasuwa facet bez nóg na wózku inwalidzkim. Brudne dzieci się bawią, osiołki, kobiety w niebieskich burkach. Bieda, piach.
FOTO AFGANISTAN - PORTRETY ZWYKŁEGO ŻYCIA






Herat:
Zostawiam taksówkę koło pięciu minaretów, i idę do centrum. Błyskawicznie znajduję kiepawy hotel. Od razu dostaję tu obiad - ryż, naan, pół kurczaka. Zjadam ze smakiem, zgłodniałem przez drogę. Dostaję pokój z trzema łóżkami, chuj że na korytarzu gdzie całą dobę miejscowi obradują. Okno z widokiem na główną ulicę. Pokój zamykany na kłódkę, a od środka na "cegłę", więc trzeba będzie łóżkiem zastawiać.
Załatwiam sprawy do nocy i ustawiam sobie zajęcia na następny dzień. Wieczorem jadę do Melli Park. Park ufundowany przez Ismael Khana. Baseny pod niebem, MIG-21 na wysięgniku, widok na miasto. Spotykam dwóch tłumaczy, z Kabulu. Idziemy chwilę ścieżką przez górę. Widzę koło ścieżki kilka pocisków moździerzowych.
- Jeszcze nie usuwali min z tego terenu? - dziwię się.
- To przecież Afganistan - odpowiedź.
Rano idę do biura. Tam trzech typów w garniakach, dają mi list polecający i kierują do biura gubernatora.
Tam strażnicy, dwa piętra w górę, i office. Sekretarz mówi, że gubernator wyjechał 10 minut temu. Czekam pół godziny aż wróci, aż mówią, że mam zadzwonić o 11:00.
O 11:00 z hotelu dzwonię. Mówi, że jeszcze go nie ma, mam zadzwonić potem.
O 13:00 spotykam się z tłumaczami i idziemy na miasto. Głównie oglądam i fotografuję spalone biura ONZ.
O 14:30 dzwonię do biura. Gość mówi - jutro proszę przyjść o 8:00. Dostaniesz wtedy list polecający (drugi) i termin wywiadu. Uff, Jezuuuu!
Robię popołudniem dwie rundy foto. Scenki uliczne niemal tylko.
Herat, dzień 3:
Rano szał, bo mój tłumacz Hadi umówiony na 8:00, a o 8:35 go nie ma. Lecę w desperacji szukać innego tłumacza, w końcu w 10 minut znajduję jakąś sierotę w pobliskiej szkole językowej. Chce chuj 20 dolarów. Daję mu 10 i idzie.
Gromada mudżahedinów, komendantów, ochroniarzy, wszyscy na spotkanie. Myślałem, że będzie bardziej kameralnie. Z prasy jest gostek z NYT i ja. I tłumacze - dużo za dużo tłumaczy, - mój, gostka, i osobisty tłumacz Ismaela. Wywiad idzie interesująco. Typ z NYT wkurwia mnie, jest wyraźnie nieprzygotowany na wywiad, ale że wywiad jest publiczny, więc wszystko o czym ja mówię z Ismaelem zapisuje w swoim notesie.
Kończę wywiad i jakież moje zdziwienie, gdy zjawia się Hadi. Odprawiam kiepskiego tłumacza i idę z Hadim do OMAR. Robię tam bardzo obszerny materiał o deminingu w Afganistanie, i tyle. Wieczorem pakowanie, załatwianie, jutro o świcie jadę do Kandaharu.
Himalaje: Passu, Pakistan.




Passu to mała wioska nad Hunzą. 1 km przed wioską - Shishpare View, hotelik. Zero ludzi. Tylko właściciel. Od 9/11 interes cienko idzie, nie przyjeżdżają wcale Amerykanie ani Brytyjczycy, którzy stanowili większość klientów. W tym całym roku tylko 86 osób tu nocowało, w większości na jedną noc. Jestem jedyny przez ostatni miesiąc.
Pokój czysty i ładny, za oknem ogród i sady. Nad tym góry. Cisza jest absolutna. Jeszcze nigdy takiej ciszy nie przeżywałem. Ogród w kolorach jesieni, szczyty po 7 tys mnpm, z górą białą od śniegu. Oaza spokoju. Zostałbym tu tydzień, gdyby nie dobijające zimno.
Następny dzień - jednodniowy trekking. Przez góry do mostu wiszącego nad rzeką Hunzą, przejście mostu (most jest linowy, spina dwa brzegi kanionu nad rwącą rzeką. Co krok jest deska do postawienia stopy. Jak się noga ześlizgnie, to łatwo spaść. Właściciel hotelu mówił, że co roku jest kilka ofiar). Kawałek marszu, mała wspinaczka, kolejny most - jeszcze dłuższy i groźniejszy, trochę krzywo wisi, i cholernie się giba na wietrze.

Za mostem mała wioska. Miła rodzinka zaprasza mnie na herbatę (Hunzowie leją na ramadan). Piechotą i stopem po KKH wracam do hotelu. Zamieszkał kolejny gość - japoński dziadek. Z 80 lat ma. Mówi, że całe życie przepracował jako projektant w Panasonic, i nudzi mu się na emeryturze, więc jeździ po świecie. Nieźle, że dziadka zatargało aż do środka Himalajów.
W hotelu dostaję niespodziewanie zniżkę. Jak dwie noce się zostaje, to trzecia gratis. Robi się wręcz nieprzyzwoicie tanio. Właściciele chcą, by coś się działo, żeby ktoś tu mieszkał - w końcu po to zbudowali ten hotel...

Poznaję trochę lepiej właściciela. Ma 30 lat. Mieszkał parę lat w Peshawar, zna więc świetnie pashtu i farsi. Jako kamerzysta i fotograf był kilkukrotnie w Afganistanie. Chwali czas Talibów, mówi że było wtedy tanio i bezpiecznie. Oprócz tego jest przewodnikiem górskim (kilka razy był na K-2). Dziwi go, że zdobyto po wielokroć wielkie 8-tysięczniki, a nikt nigdy nie zdobył szczytów nad Passu - i pokazuje palcem na szczyty nad wioską, wydające się tak blisko - maja po 6, 7 tysięcy. - tego wielkiego nikt nawet nie myślał, żeby próbować.
Nie dziwię się. Lodowe ściany, lita skała z krawędziami jak sztylety.
Trochę więcej - na moim blogu z pobytu w Medellin - BLOG