BRUTAL
autor Łukasz Czeszumski
fragment
1.
Grudniowy nocny las jest taki piękny. Szczególnie przy pełni księżyca. Przymrozek ścina powietrze, staje się ono klarowne, przejrzyste. Nie ma wiatru. Panuje całkowita cisza. Plugawość ziemi przysypana korzuszkiem śniegu, srebrzyste swiatło księżyca rzuca ostre cienie prostych jak słupy sosen. Niebo jest czyste, rozgwieżdżone, przepełnione magią.
Polacy nie doceniają swojej zimy. Chwalą złotą jesień, która zazwyczaj nie jest wcale złota, a brzydka i deszczowa. A przecież polski grudniowy las – to dopiero magia! Nigdzie w Europie takich nie mają.
Senator Kwiatkowski uwielbiał grudniowy las nocami.
Kwiatkowski, mimo że zdobył posadę w rządzie, zrezygnował z przysługujących mu ochrony osobistej i szofera, wciąż jeździł dużym fiatem, mieszkał w kawalerce w bloku. „Luksus władzy to nie dla mnie” – mawiał. Był jak na standarty polskich wczesnych lat 90. bogaty, ale nie korzystał z pieniędzy. Sam żył surowo, jak zawsze.
Jedynym zbytkiem na jaki sobie pozwolił była ta prosta dacza w podwarszawskim lesie. Spędzał w niej każdy wolny koniec tygodnia. Nocami wybierał się na długie, samotne spacery po bagnach. Twierdził, że takie otoczenie daje mu nie tylko okazję do admirowania piękna natury, ale wręcz doświadczenie obcowania z Najwyższym. Potrafił brnąć w śniegu i przedzierać się przez zaspy po to tylko, by godzinami gapić się na gwiazdy i drzewa. Mówił, że właśnie na tych samotnych spacerach zimowych jego umysł osiąga spokój i odczuwa w pełni radość z życia.Ironia losu, że właśnie podczas jednego z tych romantycznych leśnych spacerów do Kwiatkowskiego podkradł się zabójca. Pojedyńczy strzał huknął w magicznej ciszy. Kwiatkowski przewalił się jak worek, twarzą w dół, w śnieg.
2.Senatora Romualda Kwiatkowskiego zawsze charakteryzowala dostojność. Ubrany jak zwykle w ciemny garnitur i płaszcz, ciasno zasznurowany windsorskim węzłem krawat; Na nogach wyglansowane na połysk, trochę znoszone mokasyny. Złośliwi mawiali, że jak na polityka tej miary odziewał się nędznie i staromodnie. Podobno miał zasadę, że kupował tylko polskiej produkcji ubrania. To był jakiś dziwaczny patriotyzm, może gra o popularność, która na nic mu sie nie przydała. Gdyby Kwiatkowski więcej uwagi przykładał do robienia konkretnej polityki, a mniej do sentymentalnych szczegółów, to może nie skończyłby tak, jak skończył, mawiali polityczni wyjadacze.
Ciało znalazł Leon Grzynski podczas rannego spaceru z psem. Leon Grzyński to właściciel pobliskiej posesji. Z zawodu restaurator. Seria przesłuchań wykluczyła go jako zabójcę. Kolejny dziwaczny miłośnik łażenia po odludziu, ale za to chociaż w świetle dnia. Jego labrador podczas przejścia alejką koło torów kolejowych nagle wyrwał się ze smyczą, i ujadając pobiegł w las. Facet pogonił za nim, i odkrył że pies obwąchuje martwego mężczyznę. Postępowanie odkrywcy było trzeźwe i obywatelskie. Niczego nie dotykał, ani nie wpadł w panikę. Wyjął z kieszeni telefon komórkowy marki Centertel (jedyna marka telefonów komórkowych w tamtych czasach) i zawiadomił policję o „jakimś menelu, co leży w krzakach”.
Po dwóch godzinach na miejsce dotarli policjanci. Bez specjalnego zaangażowania przejrzeli kieszenie denata. Ze znalezionego dowodu osobistego dowiedzieli się, że trup nie należy do „żadnego menela”, tylko do Romualda Kwiatkowskiego, wiodącego kandydata na prezydenta Polski.
Ta informacja w ciągu godziny obiegła Warszawę, powodując istne szaleństwo. W kuluarach sejmu i senatu o niczym innym się nie mówiło tego dnia, jak o tym, że „jacyś dranie jebnęli Kwiatka”. W stan pogotowia postawiono Urząd Ochrony Państwa, policję, a nawet nie wiedzieć czemu, Jednostki Nadwiślańskie Komandosów. Nie mówiąc już o redakcjach mediów, które zmobilizowały się same jeszcze wcześniej niż komandosi. Ich przedstawiciele tłumnie szturmowali teraz siedziby Komendy Głównej Policji i stołecznej prokuratury, domagając się informacji. Niektórzy z dziennikarzy próbowali nawet przedrzeć się do miejsca zbrodni na przełaj przez lasy, omijając szosy zablokowane przez funkcjonariuszy prewencji i BOR-u.
Pierwsi zostali dopuszczeni na miejsce zbrodni trzej ludzie. Jeden był policjantem, drugi szefem jednego z resortów sprawiedliwości, a trzeci przedstawicielem UOP. Nie przyjechał nikt z rządu, ani żaden prokurator. Dopiero potem mieli się tu znaleźć śledczy wydziału zabójstw, fotograf policyjny i prokurator, aby zebrać dowody.
- Nieźle go skurwysyny urządzili – to pierwsza reakcja pułkownika Marczaka.
Za dnia grudniowy las nie ma w sobie nic z magii. Ot, łyse drzewa, topniejący w błocie śnieg, i zimno. A w środku tego wszystkiego martwe cialo.- Prędzej czy później nas to czekało – wzrusza ramionami okutany w ciężki czarny płaszcz agent UOP. Ma chudą, odstręczającą twarz i nikt z pozostałych zgromadzonych tu mężczyzn nie wie, jak się ten osobnik właściwie nazywa, ani po co przyjechał na miejsce zbrodni.
- Wiem, kurwa – gorzko stwierdza Marczak – tylko tak się składa, że to jest cholerny ulubieniec narodu. Sprawa polityczna, rozumiecie?
- Jak na moje oko, to żadni zawodowcy go nie jebnęli – śledczy Dąbrowa z Komendy Głównej nachyla się nad ciałem nie zważając, że po kolana zagłębił się w brudnej śnieżno-krwawej brei. – kurwa, zamiast wypadek upozorować czy coś...
- Wszystkim nam by to zaoszczędziło roboty – mruczy Marczak, i chucha w zgrabiałe dłonie – chodźmy stąd, zimno jak diabli.
Kwiatkowski leży na brzuchu, na wpół zasypany śniegiem. Zginął między godziną 23 a 1 w nocy. Ciało leży w odległości 250 metrów od należącej do niego daczy w okolicach podwarszawskiej Białki.
Nie ma śladów szamotaniny, żadnych drobnych obrażeń. Nic nie wskazuje na to, że Kwiatkowski bronił się lub uciekał przed mordercą. Posiadłość polityka była położona na całkowitym odludziu, wśród lasów i bagien puszczy. Lokalizacja daczy była równie dziwaczna, jak wszystkie poczynania senatora Kwiatkowskiego. Choć było go stać na domek w jakiejś modnej miejscowości, gdzie za sasiadów miałby aktorów, sportowców i innych polityków, i gdzie cały teren byłby monitorowany przez agentów BOR, Kwiatkowski na przekór – wolał postawić prostą chatę w Białce, popegeerowskiej osadzie, gdzie najbliższy sąsiad miał dom pół kilometra dalej, a w okolicy nie było nawet komisariatu policji.
Śmierć była natychmiastowa. Spowodowana wystrzałem z broni palnej dużego kalibru w potylicę z bliskiej odległości. Kula przebiła mózg w jego centralnej części, i wyszła przodem głowy. Ciało wrzucono potem w zarośla okalające zamarznięte bagno. Zabójca nie starał się zamaskować trupa. Dlaczego tego nie uczynił – to by odwlokło znalezienie senatora o co najmniej kilka dni. Dlaczego nie zakopał ciała albo nie ukrył go w innym miejscu, tak by nigdy go nie odnaleziono?
Być może się spieszył. Być może nie chciał zostawić po sobie żadnych śladów. To mu się udało, policjanci zbierający ewidencję nie mogli nadziwić się, jak „sterylne” jest miejsce tej zbrodni. Wszystko wyglądało tak, jakby zabójca zmaterializował się niczym duch, zabił senatora, a potem tak samo tajemniczo rozpłynął się w powietrzu. Jedynym, co mogło po nim zostać, to ślady butów i opon samochodowych, ale obfite opady śniegu w nocy zasypały je.
- Jakiś kiler go jebnął, i tyle, zawodowy czy nie zawodowy – stwierdza facet z UOP – pytanie, kto mógł mieć motyw i wystarczającą kasę?
- Kto mógł mieć motyw do jebnięcia Kwiatka? – śmieje się Marczak – każdy kto coś znaczy w tym kraju miał jakiś motyw. Ruscy, mafia, byli ubecy, czerwoni, goście od afery sznapsowej. Solidarność też. No, nawet chyba kurwa Watykan. Kwiatek lubił załazić wszystkim za skórę. A jakby go wybrali prezydentem to by dopiero, rozumiecie...
- Nie wybraliby go – macha ręką UOP-owiec. – on nawet w swojej własnej partii był już skończony, jak wiem z pewnych źródeł.
Oficerowie idą po rozdeptanym śniegu wiejskiej drogi w kierunku daczy. Mały, drewniany domek w stylu skandynawskim nie zdradza, że należał do jednego z najpopularniejszych polityków w kraju. Wciąż stoi przed nim zielony duży fiat Kwiatkowskiego. Wkoło zaparkowano chaotycznie kilkanaście pojazdów – wojskowe Stary, czarne furgonetki UOP, i cywilne polonezy policjantów. Czarne limuzyny Volvo należą do Marczaka i jego świty. W domu i jego pobliżu kręcą się tabuny policjantów i wyniosłych śledczych, pracowicie zbierają odciski palców ze wszystkich powierzchni, które są wystarczająco gładkie, by zachować ślady linii papilarnych.
Do nadchodzących podbiega młody policjant w czarnym moro. W ręku trzyma telefon komórkowy.
- Pułkowniku Marczak! – krzyczy z daleka – telefon z centrali!
- Kto? – rzuca naburmuszony Marczak.
- Rzecznik prasowy. Ma tam urwanie głowy i...
- Niech mi da spokój, pierwsze oświadczenie będzie po sekcji.
- Ale panie pułkowniku, on chce tylko wiedzieć, czy może potwierdzić.
- Niech potwierdzi – zgadza się Marczak. – Romuald Kwiatkowski znaleziony martwy, z całą pewnością zabójstwo, śledztwo w toku. Sprawa ujęcia winnych priorytetowa i tak dalej, niech to ubierze w ładne słowa i zacytuje jako moje.
Policjant biegnie do samochodu, coś szybko mówiąc do słuchawki telefonu.
- Cholerne pismaki – stwierdza UOP-owiec. – Ledwie znaleziono ciało, a już o tym wiedzą i węszą. Dziś po południu kupię „Ekspres” i poczytam te ich konfabulacje, założę się że już będą mieli kolekcję domniemanych winnych.
- Taka to zasrana demokracja – zgadza się Marczak – no i właśnie o to chodzi, że przez tego cholernego Kwiatka wszystko się nieźle namiesza.
- Spokojniej było za starych czasów. Co, panie Marczak? – uśmiecha się krzywo UOP-owiec. Zatrzymują się na pustej łące za daczą. Cała pokryta jest śniegiem, aż po linię świerków kilkaset metrów dalej. Marczak rozpina spodnie i siusia. Strumień parującego moczu wyżyna w śniegu żółtą kałużę.
- Niezłe sobie gniazdko znalazł ten Kwiatkowski – mówi z zachwytem Marczak, patrząc w górę i pociągając nosem – cisza, spokój, świeże powietrze. Tylko godzina od Warszawy.
- Tylko po chuj tu przyjeżdżać w środku zimy – zastanawia się śledczy Dąbrowa – co on tu wogle robił? Aż taki był odludek, że zamiast na wódkę z kolegami wolał jechać do lasu w środku zimy? A może się tu krył i ciekawe przed czym?
- Jakbym nie wiedział, że chodzi o Kwiatka, co był drugi najświętszy Polak po papieżu, to wiecie co bym powiedział? – pyta Marczak, zapina się, i wciąga głęboko w płuca mroźne, leśne powietrze.
- Jakby się okazało, że Kwiatek robił schadzki to by była afera w narodzie większa, niż z jego śmiercią – stwierdza UOP-owiec.
- A jak myślisz? – rzuca śledczy, wyczuwając że ponurak ukrywa jakieś podejrzenia.
- W Urzędzie się nie „myśli”, tylko operuje na dokumentach – odszczekuje młodemu UOP-owiec.
- Nie mów mi, że mieliście teczkę na Kwiatka – Marczak wyjmuje z kieszeni płaszcza paczkę „Radomskich” i zapalniczkę.
UOP-owiec usmiecha sie ponuro.
- Panie Marczak, jak robimy ze śledztwem? – pyta UOP-owiec – minister tu wogle przyleci, czy nie?
- Minister wogle nie chce się w tym gównie brudzić – lekceważąco odpiera Marczak - Teraz będzie taka afera, że im kto wyżej, tym więcej ma do stracenia. Ile jest do wyborów? Cztery miesiące z hakiem. Trzeba dorwać zabójcę bo jak nie, to wszyscy możemy sie pożegnać z karierą w resorcie. Czy do władzy się dorwie lewica czy prawica, najchętniej każde narobi sobie punktów u wyborców wylewając pomyje na policję. Wy też się nie macie co cieszyć, też was pismaki wezmą na widelec. Ta sprawa całą Polską zatrzęsie. A kto naprawdę jebnął Kwiatka, to zupełnie nie ma znaczenia w naszej sytuacji.
- Więc co, pułkowniku? – dziwi się młody śledczy.
- Musimy zrobić mądrze – Marczak zaczyna tłumaczyć, gestykulując zgrabiałymi od mrozu rękami i pociągając co chwilę papierosa. – publika najważniejsza. Niech nikt z zespołu nic czasem pismakom nie chlapnie, wszystko przez rzecznika.Teraz u ludzi wybuchnie histeria, rozumiecie? W dzienniku będą mówić, że Polska to jak republika bananowa, że strzelają się tu jak na dzikim zachodzie. Musimy tonować, uspokajać. Ja nie chcę wogle słyszeć w mediach słowa „mafia” w kontekście Kwiatka. Jego nie zabiła żadna mafia. Mafia to jest na Sycylii i na filmach. W Polsce nie ma i nie było żadnej mafii. Namówię ministra, by złożył takie oświadczenie. Powiemy prasie, że Kwiatka rabnęła jakaś „grupa przestępcza”, że sprawa jest zagmatwana i dla dobra śledztwa nic więcej nie możemy rzucić. Tylko tyle. Bez kowbojki. Wyciągniemy w międzyczasie parę gangów tu i ówdzie, będą sukcesy, będzie się czym pochwalić. Sprawa Kwiatka przyschnie. Ludzie mają krótką pamięć, zapomną. No bo rozumiecie chyba, szansa że się dorwie zabójcę jest niewielka. Jeśli to zrobili bracia z Moskwy, to i tak nigdy ich nie złapiemy. Jeśli to zlecili jacyś ludzie wiecie, z kręgów polityki, to też na pewno dobrze się zabezpieczyli, i nie mamy co w tym grzebać.
- No, a jeśli to byli gangsterzy? – pyta Dąbrowa.
- To właśnie od tego mamy policję, bratku – Marczak rzuca niedopałek w śnieg i ugniata go obcasem. – żebyście ich złapali, dowody i protokoły zebrali, osądzili i posadzili. To by było najlepsze wyjście, nie muszę chyba tłumaczyć. I żeby mi to było rozwiązane przed wyborami.
Zaczyna dąć mroźny wiatr, sypie płatkami mokrego śniegu. Zacierają ręce, wciskają je w kieszenie płaszczy. Milcząc wracają na drogę, gdzie solidny drewniany płot daczy daje osłonę przed wiatrem.
- Rozumiecie – mówi teraz juz wesoło Marczak – w sumie nie ma się czym przejmować. Kwiatek był i robił szum, straszył że zamknie UOP, że rozpędzi policję. Teraz Kwiatka nie ma, ale zza grobu straszy. I to takie same warte, jak to co robił za życia, czyli nic. Najważniejsze to nie ponieść się emocjom. Siedzieć cicho i się nie wychylać. Kto się nie wychyla ten nie oberwie, jak mówią.
Marczak otwiera drzwi do swojej limuzyny Volvo, siada półdupkiem na fotelu aby otrzepać dokładnie buty ze śniegu. Potem trzaska drzwiami i odjeżdzając macha im przez okno.
3.
Nastepnego dnia cały naród wstrzymuje oddech, a trzy dni potem płacze rzewnymi łzami oglądając na ekranach telewizorów transmisję z pogrzebu Wielkiego Człowieka.
Przez kolejne miesiące szefowie UOP, policji i ministerstw spraw wewnętrznych i sprawiedliwości mają zapewnione bezsenne noce; Od początku jest oczywiste, że śledztwo będzie się ciągnąć i najprawdopodobniej nigdy nie przyniesie wyników.
Mija pięć lat.
Śledztwo nad zabójstwem Romualda Kwiatkowskiego jest kilkukrotnie umarzane, wznawiane, i ponownie umarzane. Czasem pojawiają się jakieś poszlaki rzucające na sprawę nowe światło, lecz żadne nie prowadzi do sukcesownego rozwiązania.
Cztery lata po tym tajemniczym morderstwie winny znajduje się sam. Jest nim Rosjanin Siergiej H., płatny zabójca którego aresztowano w związku z zupełnie innym morderstwem. W trakcie wstępnych przesłuchań przyznaje się on nieoczekiwanie, że to on strzelił grudniowej nocy 1995 do senatora Romualda Kwiatkowskiego. Nie zeznaje, kto był zleceniodawcą tej zbrodni.
Siergiej H. jest wolnym strzelcem, który wypełniał kontrakty dla każdego, kto proponował wystarczająco dużo. Osobnik ten miał dostęp do największych figur polskiego świata przestępczego. Gdyby zdecydował się mówić, policja byłaby w stanie rozpracować najsilniejsze organizacje przestępcze w kraju.
Ale Siergieja, byłego komandosa sowieckiego Specnazu, „Terminatora” jak go nazywano w półświatku, żadne metody nie są w stanie zmusić do zdradzenia jego sekretów.
A może, jak twierdzą niektórzy cynicy, policja nie starała się wystarczająco?
Siergiejowi H. udowodniono dokonanie dwunastu morderstw na zlecenie. Po długim procesie zostaje skazany na dożywocie.Tymczasem rozpoczęło się nowe milennium. Polska jest już zupełnie innym krajem. Członkiem NATO, a w najbliższych latach też Unii Europejskiej.
Pułkownik Marczak odszedł w końcu na zasłużoną emeryturę, odbierając szereg medali i nagród za ofiarną, wieloletnią służbę.
Tajemniczy UOP-ista nie pracuje już w resorcie. Zwolnił się i otworzył prywatną agencję detektywistyczną, zajmującą się wywiadem gospodarczym i windykacją długów.
Sam UOP został na przełomie tysiącleci zlikwidowany. Jego rolę przejmuje nowa formacja w resorcie – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Policja również się zmodernizowała. Musiała to w końcu zrobić, ponieważ w związku z amatorstwem i brakiem profesjonalnej organizacji fukcjonariuszy w pierwszych latach po przełomie, w całej Polsce szaleją teraz przestępcze bandy, działają handlarze narkotyków, aferzyści, i macki zagranicznych mafii. Krajem wstrząsają afery nie mniejsze, niż „jebnięcie Kwiatka”. Kim był Kwiatkowski i co się z nim stało, tego właściwie nikt już nie pamięta. W skrytobójczych zamachach zginęły dużo ważniejsze figury – komendant policji Papała, czy Eugeniusz Dębski, wiceminister sportu. Okoliczności tych zabójstw są równie tajemnicze jak sprawa Kwiatka, a śledztwa tak samo zagmatwane i nieowocne.
Wybrano najlepszych, najbardziej ambitnych i inteligentnych oficerów policji w Polsce, i umieszczono ich w czymś, co nazwano śmiesznym skrótem CBŚ. Skrót ten oznaczał Centralne Biuro Śledcze. Dziennikarze nadają mu określenie „Polskie FBI”. Ta elitarna formacja policyjna z wydziałem w każdym z największych miast miała zajmować się najbardziej odpowiedzialnymi i ważnymi rodzajami przestępczości – w skrócie walka z mafią (której jak wiadomo nie ma, i nigdy nie było).
Do CBŚ trafiają w teorii najlepsi, najbardziej oddani i profesjonalni policjanci. Moralni twardziele, wysyłani po przeszkoleniu w świat władany przez demony zbrodni. Mieli być świetnie zorganizowaną, nieprzekupną, elitarną siłą służącą sprawiedliwości. Nie do końca ta heroiczna teoria staje się rzeczywistością, ale cóż – w Polsce nic nigdy nie jest do końca czarne, ani do końca białe.
Polska zmienia się w nowoczesny, demokratyczny kraj europejski, ale jej mroczne podziemia pozostają takie same, jakimi były. Zbrodnia zorganizowana staje się bardziej wysublimowana, ale nie mniej bezwzględna.
Polska to kraj, który po stuleciach zaborów, kilkuletnim szaleństwie wojny światowej i 45 latach komunizmu nagle (ze zdziwieniem nawet dla samego siebie) odzyskał niepodległość i zaczął dąrzyć do przodu. Ten czas zmian nie jest lekki ani spokojny. Nie było wręcz w historii Polski (ani chyba już nie będzie) czasów trudniejszych i niosących większe wyzwania, aby być uczciwym człowiekiem. A co dopiero policjantem?
4.Informacja przychodzi zza wchodniej granicy, z miasta Kaliningrad. Dostarcza ją pracownik polskiej Agencji Wywiadu, i natychmiast zostaje przekazana do Centralnego Biura Śledczego. Informacje Wywiad opatrzą dopiskiem, że jest ona całkowicie wiarygodna. Podobno decyzję wydała rosyjska mafia w swoich najwyższych moskiewskich kręgach.
W Biurze notatka wywołuje konsternację. Szefowie zastanawiają się, co z tym teraz począć. Gdy czas mija, ta sama informacja prześlizguje się przez granicę, i zaczyna krążyć w polskim świecie przestępczym. Kolejne potwierdzenia przychodzą z central CBŚ w całym kraju, słyszy się je z ust wielu informatorów. Półświatek drży z podniecenia, bo oferowana cena miliona złotych jest rzadko spotykaną stawką, nawet za likwidację tej rangi.
Policjanci zastanawiają się, o co może chodzić. Przecież ten facet nie może dla nikogo stanowić zagrożenia, i jest nieaktywny od kiedy wsadzono go do więzienia.
„To skurwysyn. A niech go rozwalą” – decyduje któryś decydent. Inny podsuwa: „Dajmy mu szansę. Może się otworzy. Jak nie, to niech zdycha”.
Do wykonania ryzykownej misji przedstawienia oferty Siergiejowi H. wybrano porucznika Szymona Chardego z warszawskiego wydziału przestępczości zorganizowanej CBŚ.
Nikt nie miał pojęcia, że ta mało obiecująca operacja wywiadowcza, mająca na celu tylko próbę pozyskania informacji od wieźnia jednego z polskich zakładów karnych poprowadzi do rozwiązania zagadki kryminalnej sprzed lat. Wciąż przecież pozostawało tajemnicą, kto zlecił zabójstwo senatora Kwiatkowskiego.
5.Broń idzie do sejfu, blachę wyślą, jak się to skończy. Szymon dokładnie goli głowę maszynką bez nakładki. Potem łysy łeb nachyla pod kran. Rzygająca z rury zimna woda omywa glacę, zbiera resztki włosów.
- Gdzie zaczynamy tą szopkę? – pyta Rudego.
- Na Rakowieckiej. Podwiozę cię. A teraz rączki do kajdanek, kolego.
Część I – WOŁÓW:Otwiera oczy, wybity z krótkiego snu. Rzeczywistosc bierze go w swoje posiadanie wraz z ostrym trzaskiem otwieranych drzwi „Stara”.
- Wysiadać pomioty! Szybciej kurwa, tu się nikt z wami nie będzie patyczkował!
Ręce skute kajdankami opuchnięte, rwący ból szarpie przy każdym ruchu. Wstaje, ustawia się za innymi. Jakiś nadgorliwy strażnik stoi w drzwiach ciężarówki, chwyta każdego po kolei za kark i wywala na zewnątrz. Po co to niepotrzebne poniżanie? – dziwi się Szymon, i po raz pierwszy żałuje, że zdecydował się na to zadanie. Jeszcze nie trafił na oddział, a już robi się ostro.
Jego kolej. Strażnik łapie pod ramię, i wypycha przez drzwi. Szymon łączy lekko ugięte nogi, jak przy skoku spadochronowym. Stary odruch, ale pomaga gładko wylądować po ponad metrowym locie na beton dziedzińca.
Swiatło dnia razi w oczy. Przez całą jazdę z Warszawy w ciężarówce nie zapalono żarówki. Ciemność, dudniące po stalowych ścianach odgłosy z zewnątrz. Gęstość stłoczonych męskich ciał, ich ciche konspiracyjne poszepty. Sześć godzin jazdy. Ciezarówka trzęsła się i podskakiwała na wybojach, nie mógł zapaść w sen. Już wiedział, czemu duża więźniarkę nazywano „lodówa”. Wiele rzeczy musisz poznać na własnej skórze, aby pojąć ich znaczenie.
- Ruszaj się pomiocie, to nie wczasy!
Półkolem stoją strażnicy. W ciężkich kaftanach, hełmach, z pałkami.Ubrali się groźnie i krzyczą, aby wstępnie zastraszyć nowoprzybyłych. Ich wygląd ma budzić strach, ale tylko teatralnie. To coś jak w wojsku. Nie trzeba się bać.
Więźniowie idą „ludzkim korytarzem” zbudowanym z pokrzykujących strażników. Zbijają się w gromadkę przy bramie portierni.
- Fryc! Partowski! Kowal! – ryczy gruby strażnik. To ten co wywalał ich z lodówy. Wywołani wchodzą do środka, brama zatrzaskuje się za nimi.
Szymon rozgląda się. Dziedziniec jest kanionem, wąskim odcinkiem asfaltu, otaczają go jak góry szare, betonowe mury, zakończone zwojami drutu kolczastego. W ścianie po prawej są okna, wszystkie zakratowane. Na prętach zaciśnięte obtatuowane, muskularne łapy. Między kratami ciekawskie twarze. Szymon odpowiada im wyzywającą miną.
- Rozwadowski! Klincz! Gandawski! Ganda-aaa-wski kurwa!
Nowi więźniowie zbici są w kupkę, jak stado owiec. Jedni niepewnie rozglądają się wokół, oblizują spieczone suche wargi. Nawet starzy grypserzy, zasuszone dziady z seriami niebieskich kropek na rękach i twarzach, nie zgrywają twardzieli. Nic dziwnego. Wołów ma opinię najgorszego ZK w kraju. Podobno ci co tu siedzieli, nigdy nie wypowiadają jego nazwy na głos, bo to jak złe zaklęcie, spowoduje, że się tu wróci.
Szymon też się boi. Ale umie to ukryć. To jak wojsko, pokrzepia się porównaniem. Też krzyczą, straszą i gonią do upadłego. Wystarczy uznać to za normalne, przyzwyczaić się i nie przejmować niczym.
- Waryński! Wasilewski! Rybicki!
Obok Szymona kuli się w kącie chłopak. Ten to dopiero przestraszony. Błyszczące policzki, rozszerzone oczy, trzęsie się. Chyba jest na narkotykach, albo to chory psychicznie. Normalny człowiek się tak nie zachowuje.
- To Wołów? To już Wołów? – pyta chłopak Szymona.
- Wołów – odpowiada.
- Rymow! Karłowicz! Kurpiński! Wszyscy, już!
Ewidencja. Przy wejściu zdejmowanie kajdanek. Ciasne pomieszczenie, kamienne mury, światło gołych żarówek. Młoda gruba dziewczyna zza stołu zadaje pytania, wpisuje odpowiedzi w formularz. Przed Szymonem odpowiada trzęsący się chłopak. Szymon przysłuchuje się. Jest ciekawy, za co zamknęli małolata.
- Imię, nazwisko, zamieszkany, zatrzymany... Paragraf 210.
Szymon zna ten paragraf. Zna na pamięć cały kodeks karny. 210 to napad z pobiciem. Do 10 lat więzienia. Chłopak ma 19 lat, dwa więcej, niż syn Szymona. Jest niski, chudy, twarz sieroty. Wygląda jak ktoś, kto jakby dostał do ręki nożyczki, to zrobiłby sobie krzywdę. Na kogo ten gówniarz napadł?
- Pan Wojciech Kurpiński – kobieta spogląda zza grubych okularów. Nic dziwnego, że się patrzy. Chłopaki z legalizacyjnej wystawili mu takie papiery i legendę, że nawet w Wołowie wielu takich nie ma. Potrójny recydywista. Napady na banki rolne, porwania, pobicie ze skutkiem śmiertelnym, jedna ucieczka z zakładu. Szymon śmiał się z tego, ale teraz myśli, że być może trochę przesadzili. Być może jego historię odsiadki da się sprawdzić? Może wystarczyło jakieś morderstwo, jeden napad? Duża kartoteka powinna mu zapewnić szacunek, ale nie zastąpi zasłużonej sławy.
- Miejsce zamieszkania Warszawa. Przeniesienie z zakładu śledczego na Rakowieckiej. Proszę dalej.
Zimne, mokre pomieszczenie, podłoga z drewnianej kraty. Karzą się rozbierać. Przeszukiwanie. Katalogowanie rzeczy osobistych. Grubiański lekarz zagląda kilku stojącym najbliżej drzwi w usta, świeci latarką. Potem macha ręką i wychodzi.
Prysznic. Nadzy pod lodowatym strumieniem ze szlauchu. Nie ma mydła ani szamponu. Zimna woda sprawia ból, więźniowie krzyczą, protestują.
- Stulić mordy pomioty, bo atandę zawołam – ucisza ich klawisz.
Nadzy wracają do przebieralni, plaskając stopami o podłogę. Dostają spowrotem swoje ubrania. Ciemny korytarz, wszędzie wokół kraty. Siedzą szeregiem na ławce, czekają na rozmowę z wychowawcą. Przed nimi przechadza się gruby strażnik. W garści trzyma pęk wielkich, stalowych kluczy. Potrząsa nimi co jakiś czas, dzwonią z metalicznym chrzęstem.
- Nie ma pan papierosa? – prosi chłopak. Siedzi obok Szymona, strzela wkoło czujnymi spojrzeniami.
- Nie palę – mówi Szymon.
- Zapaliłbym – stwierdza cicho chlopak, pyta faceta z drugiej strony – a pan nie ma co zapalić?Grypser ignoruje go, wyniośle unosząc głowę.
- Zapaliłbym – szepcze chłopak, zrezygnowany. Po kilku minutach znowu zwraca się do Szymona:
- Co trzeba mówić wychowawcy?
Szymona mrozi to pytanie. Nie może przyznać się, że nie wie. Ale nie umie też nic poradzić. Uczono go słownika grypsery, uczono zasad życia za murami, ale nie pamietał, by mówili coś o rozmowie z wychowawcą. Być może nie miało to znaczenia.
- Nieważne – odpowiada Szymon.
Chłopak ukrywa twarz w dłoniach. Oddycha ciężko, głęboko.
- Mówiłem im, prosiłem, tylko nie Wołów. Ja tu nikogo nie znam. Czemu mi targnęli Wołów?
Klawisz staje rozkraczony przed małolatem, i mówi spokojnie:
- Stulisz mordę małolacie, czy mam ci pomóc?
- Przepraszam, panie komandancie.
Chłopak ucisza się. Grypser z drugiej strony parska śmiechem.
Wychowawca ma około 30 lat. Gładko ogolony, blady facecik z równo przystrzyżoną grzywką. Oto pastor, mający sprowadzać zbłąkane duszyczki ze złej drogi. Wygląda jak ktoś, komu nie powierzyłbyś kluczy do mieszkania.
- Dzień dobry – mówi Szymon. Wychowawca patrzy, zdziwiony. Nawet on wyczuł od pierwszego momentu, że coś tu jest nie w porządku. Po chwilowej konsternacji rutyna. Kolejne pytania, kolejne formularze.
- Karany po raz trzeci – mówi wychowawca – grypsujący?
- Nie.
- Nie grypsujący – powtarza, z uwagą kaligrafując każdą literę. – zezwolenie na wizyty i otrzymywanie paczek pan rozumie... – zaczyna, Szymon kręci głową.
- Nie będzie wizyt. Paczek też nie.
- Nie ma pan rodziny? – dziwi się równa grzywka, i wyczytuje następne pytania:
- Ma pan skłonności samobójcze?
- Nie.
- Przewlekle, ciężkie schorzenia?
- Nie.
- Wnioskuje o umieszczenie w celi chronionej?
- Nie.
- Jest homoseksualistą?
- Nie.
- Informuję pana, że jako osobę karaną między innymi za ucieczkę z zakładu karnego, nie ma pan możliwości wnioskowania o przepustki ani pracę poza murami zakładu. To jest zakład typu zamkniętego. Zostanie pan umieszczony na oddziale dla recydywistów.
- Nie szkodzi.
- To wszystko. Władek, odprowadź go do celi.
koniec fragmentu
Łukasz Czeszumski, 2006-2008
BRUTAL
POWIEŚĆ, 295 stron.
Polska powieść kryminalna.
Rok 1995. Romuald Kwiatkowski, kandydat na prezydenta Polski, zostaje znaleziony martwy w podwarszawskim lesie. Po kilku latach zostaje skazany winny - rosyjski płatny zabójca.
Ale to zabójstwo wykonał ktoś zupełnie inny...
Świat powieści Brutal to mroczna strona lat 90 w Polsce - afery, korupcja, gangsterskie porachunki. Tunele pod warszawskim dworcem Centralnym, gdzie zbierają się narkomani. Agencje towarzyskie kontrolowane przez gangsterów. Dzielnice i meliny wykolejeńców. Wynaturzone zoo sejmu pełnego polityków wycierajacych sobie usta frazesami, a na boku załatwiający brudne interesy. Kamienne mury oddziału dla recydywistów więzienia w Wołowie. Nocne rozmowy w celi z płatnym zabójcą. Osiedla bloków z kryjącą się w nich zgnilizną. W tym świecie nie ma bohaterów bez skazy. Policjanci łamią prawo i używają gangsterskich metod. Gangsterzy są chronieni przez służby specjalne. W tym świecie wszystko jest na sprzedaż, i każdego da się kupić. Przez ten świat jeden uczciwy policjant szuka winnych najważniejszego morderstwa w historii kraju.
Łukasz Czeszumski - Reporterskie Portfolio - Przygody Literackie. Wszelkie prawa zastrzeżone.