BEZ POWROTU

autor Łukasz Czeszumski

 

fragment

Część I:
KLATKA BRUNTS


Gwiazdy wirowały na niebie, a w głowie wirował mu jej śmiech. Jej – której nigdy nie znał, nawet sobie w pełni nie potrafił wyobrazić jej twarzy ani sylwetki. Wiedział ot tyle, że była bardzo szczupła, i miała ciemnorude włosy ułożone w małe loczki, i piękną twarz. Śmiała się z jego dowcipów. Spacerowali nadmorskim bulwarem nad jakimś wielkim i ciepłym morzem. Fale z sykiem rozsypywały się na szerokiej plaży z białego jak śnieg, gładkiego piasku.


Była noc. Bardzo ciepła, przyjemna noc. Gwiazdy wisiały tuż nad ich głowami, obracały się całymi układami wkoło. Niczym gigantyczne karuzele.


Wędrowali plażą, boso, ciepły piasek grzał, ale nie parzył w stopy. Do kępy trawy na największej wydmie – tam, gdzie czekał ukryty przez niego poprzedniego dnia szampan, kieliszki, i zimne przekąski. Miejsce wybrał bardzo starannie, na bezludnym odcinku plaży. Tu nie mógł zajść żaden złodziejaszek, aby zwinąć jego szampana i przekąski. Nie chodziło oczywiście o wartość tych rzeczy, tylko o to, że Chris wyszedłby na głupka przed swoją ukochaną. A to byłoby przynajmniej na tym etapie znajomości, zupełną katastrofą.


Znalazł koszyk z wszystkimi artykułami, wsunięty w dziurę wygrzebaną w piasku na szczycie wydmy.


- Zobacz, znaleźliśmy skarb – powiedział do niej.


- Jaki tam skarb. To tylko szampan, kieliszki, i sushi – powiedziała.


- Dla nas to skarb. Na tej pustej plaży...


- Żartowałam, Chris.


Usiedli i zjedli sushi, zasłuchani w jednostajny szum fal. Nie mówili nic. Nie było po co, rozumieli się bez słów. Spieniony, słodki szampan polał się do wysokich kieliszków. Pili, objęci, całując się pomiędzy łykami.


Skończyli butelkę, i odłożył ją na bok, na piasek. Położyli się. Chris zapatrzył się w niebo. Zadziwiały go konstelacje, kręcące się jak karuzele, i takie bliskie – że można ich dotknąć...


Przebudzenie było gwałtowne i brutalne. Gwiazdy zniknęły, a 50 centymetrów nad jego głową było nie niebo, a betonowy sufit celi, pokryty brunatnym nalotem zgnilizny.


- Jeszcze go zapierdolę, skurwysyna – dobiegło Chrisa z dołu. Sąsiad z pryczy niżej, psychopata z potrójnym dożywociem znowu mamrotał swoje monologi. To jego głos obudził Chrisa z pięknego snu.


Bo tak naprawdę, to nie było plaży, ani ciepłego wiatru, ani kręcących się nad głową konstelacji.


Nie było szampana, ani płatków sushi w kleistym, słodkim ryżu.


Nie było jedynej prawdziwej miłości jego życia.


Była tylko ciasna cela i smród ekskrementów z blaszanego kibla w kącie. Był psychopata, z którym dzielił celę, facet w którego umyśle istniała tylko żądza przemocy.


Była pomarańczowa bluza na haku koło pryczy z wydrukowanym jego numerem:


MR-30-64082.


Litera M oznaczała skazanego za morderstwo.


Litera R – za napady rabunkowe.


Liczba 30 – wysokość wyroku w latach.


Chris zamknął oczy. Marzył, aby zapaść w sen, w ten sam sen, który został mu przerwany. Chciał przeżyć dalszy ciąg. Chciał poczuć zapach jej włosów, poczuć ciepło jej skóry. Chciał jej dotknąć. Nie widział żadnej kobiety od ponad ośmiu lat.


Zza zakratowanego okna dobiegła seria dzikich wrzasków. Blok IV. Wieloosobowe cele dla najgorszych zbrodniarzy oraz tych, którzy nie opłacili sobie lepszego przydziału. Pewnie odbywa się jakaś rytualna walka o pozycję w hierarchii, albo zbiorowy gwałt na nowym więźniu. Strażnicy nigdy na to nie reagowali. „Niech się wściekłe psy gryzą” – mówili.

Chrisowi chciało się żygać. Powietrze w celi przesycone było smrodem szczyn i potu. Nie było wentylacji. Była tylko półcalowa szpara u szczytu szyby z pleksi w oknie. Chris usiadł na pryczy, i przyłożył usta do szpary. Wciągał zimne powietrze głęboko w płuca.


Mdłości przeszły. Odczepił się od klejącej od brudu kraty, wyciagnął się na pryczy. Znowu starał się zasnąć. Znowu oddychał smrodem.


Pomyślał o kobiecie ze swoich snów. Jej wąskich, szkarłatnych, mocno wyszminkowanych wargach. Delikatnych dłoniach i kolanach.


Zza krat znowu doszedł go chóralny, dziki wrzask. Banda ludzkich wilkołaków bawiła się w swoje krwawe gry.


Jej kark. Wysmukły, lekko opalony słońcem...


To nic nie dawało, nie mógł zasnąć. Za oknem wrzeszczeli bezeceństwa. Zapiekły go oczy, coś zadławiło w gardle. Wstrzasnął nim mimowolny szloch. Łzy spływały po ogorzałej twarzy i kapały na twardą poduszkę z gumixu obłożonego płótnem. Tarł oczy palcami.


Wszystko było stracone. Wszystkie marzenia, wszystkie lata, całe życie. Uświadomił to sobie milionowy raz. Wszystko stracone raz na zawsze. Nawet śnić o nich nie było mu dane. Tylko płacz dawał ukojenie.


- Ucisz się! – krzyknął z dołu psychopata. Chris nawet nie znał jego imienia, znał numer: SMX-5CLS-61712. SM oznaczalo seryjnego mordercę, a X – więźnia szczególnie niebezpiecznego.

CLS oznaczało "Consecutive Life Sentences", skrót od kar dożywocia. SMX siedział już od 15 lat. Po czterech latach zadusił współwięźnia. Za to dostał literę X i przydział na blok IV. Za dobre sprawowanie (tak naprawde chodziło o łapówkę dla strażników, pieniądze zdobyte na ochronie więziennych dilerów), przywrócono go do bloku B.

Jego umieszczenie w celi Chrisa to był typowy „wałek” administracji. Chris został wezwany pewnego dnia do komendanta działu, który dał mu propozycję zakapowania pewnego więźnia, na którego nie mieli dowodów. Nagrodą miała być jednoosobowa cela i kilka kartonów papierosów. Chris odmówił. Wolał stać się ofiarą sprawiedliwości komendanta, niż sprawiedliwości więziennej. Dostał więc karę – towarzysza SMX-a, o czym dowiedział się, gdy wrócił po trzech dniach z karceru. SMX był podobno niegroźny, jeśli nie dawało mu się powodów do agresji. Tylko że powodów mogących zdenerwować SMX-a było dużo.


- Ucisz się, kurwo! – powtórzył ciszej SMX – przestań ryczeć, bo ci jaja wyrwę!


Chris milczał. Już nie płakał. Zastanawiał się spokojnie, co teraz powinien zrobić. Wyczucie równowagi między reakcją agresywną i neutralną było podstawą przeżycia w więzieniu. Postawić się, czy zażegnać konflikt – kto wybierał dobrze, ten miał szansę przeżyć do końca wyroku w Brunts.


- No, dobry piesek – powiedział SMX.


Jednym skokiem znalazł się na ziemi. W ręku wyjęty z poszwy poduszki nóż, zrobiony z zaostrzongo odłamka pleksi. Zanim SMX zdąrzył podnieść głowę, przycisnął z całej siły łokciem gardło psychopaty, przygważdżając go do posłania. Dotknął ostrzem noża grubej, pulsującej szybko tętnicy szyjnej. SMX próbował go odrzucić, ale Chris był silny, i nie ustąpił.


- Ja ci dam „dobrego pieska”, skurwielu. Gardło ci poderżnę i upozoruję samobójstwo. Myślisz, że ktoś się będzie interesował? – syknął SMX-owi do ucha. SMX milczał gniewnie, tarmosząc się pod uściskiem. Dotyk jego żylastego, spoconego i niemal całkowicie pokrytego tatuażami ciała przejmował Chrisa obrzydzeniem.


- Zamiast szaleć, opowiedz jakąś historyjkę – spokojniejszym tonem zaproponował Chris. Po pokazie siły musiał psychopatę załagodzić. Inaczej ten zaczekałby, aż Chris zaśnie, i zabił go we śnie. W samym środku jego cudownego snu...


Puścił SMX-a, i poklepał go po ramieniu. Nie zrezygnował jednak z ostrożności. SMX w każdej chwili mógł go zaatakować.


- Co, gangsta? Każdy się czasem rozkleja. Opowiedz coś. O tym swoim Wisconsin, albo o Meksyku.


SMX milczał. Patrzał się tylko. Chris sprężył się. Zastanowił się, czy może go jednak nie zabić.


A SMX zaczął opowiadać. Chris stał ze swoim nożem z pleksi drżącym lekko w ręku, a tamten opowiadał. Tym swoim spokojnym, wolnym, głębokim głosem. Głosem niczym nauczyciel albo raczej radiowiec, prowadzący nocną audycję.

(...)


Skończył gadać, zamknął powieki, na których miał wytatuowane źrenice węża, i zapadł w sen.
Chris pomyślał, że mógłby mu za te wszystkie zbrodnie właśnie teraz podciąć gardło i czekać, aż się wykrwawi. Usunąć śmiecia, bo nawet dla społeczeństwa więziennego ten człowiek to śmieć.


Postanowił nie robić tego wyłącznie z obrzydzenia. Z powodu myśli, że ciało degenerata będzie bluzgać ciemną, gęstą krwią na materac i ziemię, że te kilka litrów zaleje pół podłogi i przesiąknie celę. Ta krew będzie śmierdzieć, śmierdzieć jak chore historyjki SMX-a, jego czyny, jego życie i umysł.


Chris podciągnął się, wskoczył na swoją pryczę, schował nóż. Wygrzebał ze schowka w materacu zapalniczkę i paczkę papierosów. Palił, wyobrażając sobie, że to nie tytoń, a crack. Chris palił kiedyś crack na wolności i to było cudowne doznanie. Tak cudowne, że po pierwszym razie rzucił to świństwo raz na zawsze. Nie chciał się uzależnić.


Tu w więzieniu może by i palił crack, tu nie zależało mu na niczym. Ale nie było go stać.
Więc bywało, że palił tytoń, wmawiając sobie, że to crack.


Wyobraźnia – tylko to ratowało jego umysł przed czarną studnią rozpaczy. Ratowały go kolorowe wyobrażenia. Marzenia. Sny.

 


2.

Chris zabił mając 20 lat, 5 miesięcy, i 16 dni.


Dwanaście dni później, idąc na zajęcia do uniwersytetu, spotkał dwóch smutnych facetów, którzy zatrzymali go, i przedstawili się jako oficerowie wydziału zabójstw.


Za nimi było wsparcie – trzy radiowozy zwykłych gliniarzy. Mieli broń na wierzchu.


On był potulny. Nie stawiał oporu. Powiedział, że nie ma problemu, żeby zabrali go na przesłuchanie.


Na przesłuchaniu był twardy i cwany. Forsował swoją wersję, że jest pilnym studentem, uczciwym obywatelem, że lubi czytać klasyków i karmić bezdomne psy. Że jest naiwnym niewiniątkiem wrobionym w coś bardzo złego przez bardzo złych ludzi.


Dopiero po rozprawie wstępnej, skonfrontowany z materiałem dowodowym, musiał się przyznać.


- Szukam ludzi do małej akcji – powiedział Abrams do Chrisa po czterech piwach i rozmowach o kobietach, muzyce i wakacjach – działka przewidywana to 20 tysięcy baks na łeb.


„Niezły grosz. Nie taki jak ostatnim razem, ale też niezły” – pomyślał Chris. Tylko tyle pomyślał. Nie przewidział, że przez resztę życia będzie żałował, że nie pomyślał więcej.


Chris miał już za sobą kilka drobnych spraw, i dwa napady z bronią. Na ciężarówkę z transportem prochów i gotówki należących do jakiegoś kartelu, i na sklep z biżuterią. Na obu się obłowił, i zdawało mu się, że gangsterka to łatwa i fajna droga życiowa. W poprzednich napadach szło tak gładko i zyski były tak wysokie...


- Konkrety – zażądał od Abramsa.


Abrams się tylko uśmiechnął.


- Jest takie czarnorynkowe kasyno w podziemiach klubu „Polvos” w Castro. Kasyno jest nielegalne, prostytucja jest też nielegalna. Zysk idzie poza oficjalnymi kanałami, przewożony prosto do domu właściciela, raz na tydzień, zawsze w niedzielę w nocy po zamknięciu klubu. Przewozi go prywatny samochód. Dwaj kolesie, bez broni, w nieopancerzonym samochodzie. Kolesie zawsze mają walizkę i 60 do 100 tysięcy dolarów gotówką. Nieduża forsa, ale bardzo łatwa.


- Jak to robimy?


- Prosto. Dostajecie cynk na bipera, gdy wóz wyjeżdża z lokalu. Zajeżdżacie drogę na ulicy w centrum albo na Bay Bridge. Pokazujecie broń i przejmujecie forsę. Zysk jak mówiłem. Jedna piąta na łeb.


- Wchodzę w to.


- Oprócz ciebie będzie dwóch gości plus kierowca.


- Wchodzę.

Wejść było łatwo. Adrenalina pieściła każdy dzień, bliższy napadowi. Datę Abrams ustanowił na tydzień potem. Chris czekał niecierpliwie.


Chris nie był stereotypowym gangsterem. Był studentem filozofii i socjologii. Najlepszym na roku. On tylko szukał sposobu na życie. Pomysłu na swoją przyszłość.


Myślał dużo nad sensem istnienia. Nad tym, by wykorzystać życie jak najpełniej i jak najmocniej.
Jego koledzy ze studiów bawili się w buddyzm, jogę i marichuanę. Dla niego było to za słabe. On bawił się w gangsterstwo. W mocny świat dla mocnych mężczyzn.


Wcześnie rzucił dom rodzinny, i nigdy do niego nie wrócił. Lubił szczycić się tym, że sam sobie wszystko zdobywa.


Uważał się za eksperymentującego z życiem młodzieńca. Młodzieńca, którego młodość jest pretekstem do wybaczania wszelkich grzechów i przewinień.


Przecież on tylko zabierał pliki banknotów i kilogramy złota tym, co mieli ich dosyć! Rabował frajerów i grał na nosie gliniarzom. Jak piorun szedł przez życie czerpiąc radość tylko z dnia dzisiejszego.


Był dumny, że Abrams uznał go za godnego trafienia do jego szajki. Bo grupa Abramsa to byli profesjonaliści. Szczegółowo przygotowane napady, pełny wywiad na temat celu, szybkie i brutalne wykonanie ze ścisłym podziałem ról. Równy podział łupów.


Lubił szybkie panienki i szybkie samochody. Za zyski z pierwszego napadu kupił używanego porshe. Umawiał się z ludźmi z środowiska na wyścigi za pieniądze. Pierwszy duży wyścig w San Francisco dał mu kasę na lepszy dopalacz i noc z dwoma ostrymi nastolatkami z LA. Po drugim napadzie pijany pojechał na wyścig w Sacramento i rozbił swój samochód. Ale nie przejął się tym. „Załatw mi jakiś dobry skok, a kupię sobie lepszy wózek. Tamten już mi się nudził” – powiedział do Abramsa.


Miał dwie miłości – wyścigi i gangsterstwo. I obu był zdecydowany poświęcić się całkowicie.


Drwiąco myślał o swoich kolegach ze studiów – przemądrzałych okularnikach, szukających sensu w filozofiach wschodu, religii, piciu piwa w studenckich klubach, stałych związkach. Oni byli tylko teoretykami, bojącymi się rzeczywistego życia i jego upajającej szybkości.


Napad – to była broń, krzyki, zacięte surowo twarze, panika ofiar i zdecydowanie agresorów. Grube pliki banknotów, zmieniające właściciela. Bieganina, akcja, strach przed pościgiem, brawurowe ucieczki, dzielenie się łupem przy śmiechu, przekleństwach, i syku odkorkowywanych szampanów.


Cała szajka Abramsa uznawała się za będących ponad „barbarzyńców z przedmieść”, „Dzieciaków rabujących sklepiki seven-eleven”, szmaciarzy bawiących się w dilerkę, bezmózgich złodziei samochodowych. Trzymali się z dala od „tej chałastry”. Często napadali właśnie na samych przestępców, tych pozbawionych szerszych koneksji wiedząc, że tamci nie pójdą na policję ani do żadnego ważnego bossa.


Chris pił po końcowych egzaminach ze studentami z roku, stawiał wszystkim, albo podrywał panienki z dobrych domów, będąc ich bożyszczem i wiedząc o tym, i ciesząc się z tego. Potrafił kożystać z weekendów. W piątkową noc wziąć dziewczynę z klubu, i pojechać do Vegas lub polecieć na Karaiby, przebalować z nią dwie noce i przeleżeć sobotę na plaży, odespać niedzielną noc, i rano w poniedziałek zjawić się jakby nigdy nic na zajęciach.


Czuł się panem swojego życia.


Ani jeden znak nie ostrzegał, że jest na drodze do krawędzi przepaści. On sam tego nie dostrzegał. Widział tylko pliki waluty i błyszczące oczy dziewczyn, lecących na jego pozę.


- Pewnie, że na to idę – powtórzył Abramsowi dzień przed napadem.


- Łup może być większy – zachęcił go jeszcze Abrams – 60 do 100 tysiaków to ostrożne rachunki, może być i dwa razy tyle. Podobno w grę mogą wchodzić zyski z handlu prochami w klubie.


Abrams jeździł na wózku, więc nie uczestniczył w organizowanych przez siebie napadach. Był pośrednikiem. Miał ogromne koneksje. Gromadził cynki, plotki, i miał świetne pomysły, a potem zbierał odpowiednich ludzi. Sam zgarniał procent od łupów. Niewielki procent. Dla kaleki ważniejszy był ten wplyw na losy świata, planowanie akcji i ich sterowanie.


Chris ufał Abramsowi, i ufał też swojemu szczęściu. To ono go zawiodło.


Tak bardzo zawiodło, że potem już nigdy nie zawierzył ani żadnemu człowiekowi, ani swojej szczęśliwej gwieździe.

Wjechali kradzionym jeepem wranglerem w bok mercedesa kurierów tuż przed wjazdem na Bay Bridge. Kierowca merca niczego się nie spodziewał, wygrzmocił swój wóz na krawężnik i rozwalił przód o stalowe wiązanie bariery mostu.


Wyskoczyli, z pistoletami w rękach, i w kominiarkach na głowach. Chris wycelował Colta Pythona prosto w twarz kierowcy.


- Wyskakuj i na ziemię, bo rozwalę ci łeb!


Kierowca pokiwał glową i wyszedł. Ale oprócz niego w wozie był jeszcze konwojent. Tamtego miał na lufie kumpel Chrisa, Jack, uzbrojony w strzelbę.


I niestety, okazało się, że wbrew zapewnieniom Abramsa, konwojent był uzbrojony. I że wbrew rozsądnemu postępowaniu, postanowił swojej broni użyć.


Konwojent uchylił drzwi, i otworzył ogień z trzymanego w dłoni pistoletu maszynowego MAC. Skosił tym ogniem Jacka. Drugi pomocnik Chrisa, Franky, gdy usłyszał strzały, zupełnie stracił głowę, i uciekł.


Chris strzelił. Ćwiczył taką sytuację wielokrotnie przed lustrem w domu i na strzelnicy. Podparł dłoń z rewolwerem drugą dłonią, i bez namysłu wypalił. Huknęło, podrzuciło rewolwerem.


Bam! – drugi raz, odruchowo, zanim jeszcze zobaczył efekt pierwszego strzału.


Ochroniarz okręcił się jak bąk trzymając za głowę, i padł. Leżał na chodniku z dziurą w czole i rozwaloną głową. Do nadgarstka ręki miał przyczepioną kajdankę walizki z pieniędzmi.


Chris podbiegł, przestrzelił łańcuch kajdanek, poderwał walizkę (zadziwił go jej ciężar), i wskoczył szczupakiem do jeepa.


Uciekali, klucząc pół godziny po pustych ulicach Oakland, bo przerażony kierowca kilkukrotnie pomylił drogę. Chris nawet tego nie zauważył. Przed jego oczami przesuwała się scena morderstwa. Raz za razem. Tysiące razy.


- Nie sypniesz? – upewniał się, wymachując kierowcy spluwą przed twarzą – nie sypniesz, prawda?


- Nie sypnę! – krzyczał kierowca – nie sypnę, kurwa!


koniec fragmentu

 

Łukasz Czeszumski, 2005-2008


BEZ POWROTU

POWIEŚĆ, 260 stron.

Chris odsiaduje wyrok za napady z bronią i zabójstwo. Jest w najcięższym więzieniu Stanów - w Brunts, gdzie w całkowitej izolacji przetrzymuje się największych zbrodniarzy.

W Brunts rządzą sadystyczni strażnicy i więzienne gangi, a krwawe porachunki, bunty i morderstwa są na porządku dziennym. Brunts to piekło, lecz Chris nauczył się w nim żyć. Po 8 latach odsiadki nieoczekiwanie dostaje propozycję ucieczki. Tajemnicza organizacja może go wyciągnąć z Brunts i dać wolność, jeśli zgodzi się wykonać pewne zadanie...


Chris wydostaje się z więzienia.
Ale kryminalista nigdy nie dostanie tego, co mu obiecano. Ma być tylko narzędziem, które po wykonaniu misji zostanie wyrzucone.