Łukasz Czeszumski
PAKISTAN: W STREFIE KLANÓW

 

Dziwne to miejsce świata, w którym stara i święta tradycja miesza się z fanatycznymi ideologiami, gościnność z nawoływaniami do nienawiści, ale przede wszystkim gdzie bieda i brak perspektyw zamyka nadzieję na lepsze jutro i pcha młodych ludzi w ręce politycznych manipulatorów.

 

- Mam każdy rodzaj broni, jaki sobie zażyczysz - reklamuje sprzedawca - Wszystko na miejscu. Tylko na wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych trzeba poczekać kilka dni.

Naszą rozmowę przerywa seria strzałów. To w wąwozie za wioską klienci wypróbowują upatrzony karabin.

W Darra Adam Khel odgłosy wystrzałów słychać każdego dnia. Darra to pasztuńska wioska 40 km od Peszawaru. Tutaj produkuje się broń dla wszystkich klanów pogranicza.

Wzdłuż ulicy ciągnie się szereg warsztatów, gdzie spod rąk mistrzów, którzy nie skończyli żadnej specjalistycznej szkoły wychodzą modele wszelkich rodzajów broni.

Klan Darra produkuje i handluje uzbrojeniem bez żadnych zezwoleń od końca XIX wieku. Prawo to Darrowie otrzymali od brytyjskiego rządu kolonialnego w zamian za to, że... przestaną rabować królewskie karawany. Od tego czasu władza zmieniała się wielokrotnie, lecz nikt nie odważył się odebrać Darrom ich przywileju.

Dziennie w Darra powstaje minimum pół tysiąca sztuk broni. Ale karabiny i pistolety produkuje się we wschodnim Pakistanie niemal wszędzie.

Fabryka nie rzuca się w oczy. Jest ukryta pośród chaotycznej zabudowy przedmiejskiej Peszawaru. Przechodzi się przez bramę, potem kilkaset metrów mijając zapuszczone ogrody i rudery. W jednej z tych ruder mieści się manufaktura. Ma ona licencję rządową, ale przyjmuje nierejestrowane zlecenia od każdego, kto przychodzi z pieniędzmi.

Kilka dni temu ktoś zażyczył sobie dokładnych kopii włoskich śrutówek beretty. Teraz w hali kilkunastu mężczyzn ślęczy na ziemi. Jedni pilnikami szlifują mechanizmy spustowe, inni - lufy, jeszcze inni strugają w drewnie kolby.

 

 

Po złożeniu gotowej strzelby nadzorca idzie na dziedziniec. Strzela do plastikowej beczki. Cel po trzech trafieniach zmienia się w strzępy.

- Jak armata! - chwali zadowolony nadzorca. - kosztuje tylko 100 dolarów, a naboje po dolarze.

Podstawowa oferta jego manufaktury to strzelby śrutowe, kałasznikowy (200 dolarów), oraz kopie chińskich pistoletów 9mm (50 dolarów). Amunicja przychodzi z Chin przez przełęcz na szosie Kara Korum. O dokumenty nikt nie pyta. Płacimy za wystrzelane naboje i wychodzimy. Brodaty handlarz jest zdziwiony, że nie kupujemy niczego z jego asortymentu.

 

 

Strefa klanów

 

Granica istnieje na papierze, a władza państwowa jest iluzoryczna. Gdy wyjeżdża się z Kabulu na wschód, mija ostatnie zabudowania koszar z posterunkami otoczonymi ścianami worków z piachem i sterczącymi lufami działek i ostatni punkt kontrolny, gdzie kolczatkę spowalniającą ruch zastępują rozwinięte gąsienice czołgów, zaczynają się góry.

Patrząc na te góry można zrozumieć, dlaczego Afganistan jest krajem, który można zdobyć, ale utrzymać - nigdy.

Ostre jak żyleta szczyty strzelające setki metrów w niebo, niemal pionowe zbocza, poharatane osuwiska skalne. Straszą na poboczach i w przepaściach niżej spalone wraki czołgów i transporterów opancerzonych.

Po dniu jazdy przez tą dzicz docieramy do granicy Pakistanu na przełęczy Khyber, i potem przez oficjalne "agencje klanów" dojeżdżamy do Peszawaru.

 

 

Na terenie Khyber tak często zdarzały się napady i porwania podróżnych, że rząd Pakistanu wydaje specjalne zezwolenia na przejazd dla obcokrajowca. By je otrzymać, trzeba wynająć samochód z kierowcą i uzbrojonego ochroniarza.

Ochroniarz bynajmniej nie przypomina Rambo. Jest drobnej postury i w wieku emerytalnym. To nie jednak jego kałasznikow chroni klienta podczas przejazdu przez Khyber, a jego czarna tunika. Strój oznacza, że mężczyzna jest przedstawicielem klanu, panującego na terenie przełęczy. Pasztuni są honorowi. Nie napadają tych, których chronią ich pobratymcy. Albo też inaczej - napadając tych, których nie chronią ich kuzyni zapewniają sobie wiekuiste zatrudnienie i panowanie nad przełęczami.

Droga prowadzi serpentynami przez góry. Na szczytach skał ufortyfikowane wioski. Co kilka kilometrów punkty kontrolne wojska. Od pobocza zaczynają się tereny klanów.

Tu panują jeszcze dziwniejsze, pradawne obyczaje ludzi, którzy dostosowali się do życia w warunkach niczym powierzchnia księżyca. Już po zmroku dojeżdżamy do Peszawaru.

Peszawar to po kilkutygodniowym pobycie w Afganistanie niczym Las Vegas. Entuzjazm budzi to, że ulice mają światła czy to, że widziamy choćby najzwyklejszy supermarket. Ale dla kogoś jadącego z drugiej strony Peszawar to "brama Afganistanu", jakby ostatni przyczółek cywilizacji.

 


Dumni i wolni

 

Pasztuńskich plemion nie podbiła żadna armia w historii, choć zakusy na ich góry mieli najwięksi zdobycy. Od Aleksandra Wielkiego, poprzez Imperium Brytyjskie, po Armię Czerwoną.

 

 

Gdy w XIX wieku wybuchło powstanie przeciw Anglii, z ekspedycji liczącej 16 tysięcy osób które uciekały z Kabulu do Peszawaru, przeprawę przez góry przeżyła jedna osoba. Pasztuni z Afganistanu twierdzą, że pozwolili ujść temu jedynemu jeźdźcowi, aby przekazał Brytanii, że tej krainy nie da się utrzymać.

Gdy Armia Radziecka wkroczyła do Afganistanu w 1979, Peszawar stał się główną bazą dla wspomagania powstania mudżahedinów. W mieście były biura organizacji, przez które przechodziły pieniądze i broń od CIA dla partyzantów.

Najpierw do Pakistanu, a potem do Peszawaru trafiali ochotnicy z całego świata aby kupić broń, i zaciągnąć się do któregoś z oddziałów walczących przeciw Rosjanom. To w Peszawarze miał swój dom w którym przyjmował przyjezdnych i ułatwiał im znalezienie miejsca w dżihadzie młody Saudyjczyk ogarnięty zapałem religijnej walki, Osama bin Laden.

Pasztuni z ziem klanowych nawet jeśli nie pomagali bezpośrednio bin Ladenowi, chronili go i nie zdradzą za żadne pieniądze, bo uważają, że to dobry muzułmanin. Ich zasadą jest melmastia, prawo gościnności. W obronie swego gościa należy, jeśli trzeba, zginąć. Pasztunwali, kodeks honorowy paszuńskich klanów, nie zmieniony od średniowiecza, zawsze chronił tożsamość i niezmienność miejscowej kultury. Od jego zasad nie ma odstępstw, a każdą hańbę zmazuje się krwią.

Nie chcą zaakceptować zasad współczesnego świata, boją się jego kultury i wszelkiej nowości. Tkwią mentalnie w średniowieczu, ze wszystkim co dobre i co złe.

 


Górski labirynt

 

Jesienią roku 2001 Siły Koalicji oblężały górski kompleks talibów w Tora Bora w Afganistanie. Członkowie Al-Kaidy, którym udało się wymknąć z pierścienia okrążenia, uciekali przez góry do Pakistanu. Najprawdopodobniej wtedy właśnie, wraz z 50 ludźmi obstawy, wymknął się Osama bin Laden. Co stało się z nim potem, nie wiadomo. Na całe lata po prostu zniknął.

Eksperci z Rand Corporation (instytutu zajmującego się m.in. doradzaniem w sprawach bezpieczeństwa i terroryzmu rządowi USA) twierdzą, że zaszył się wśród sprzyjających klanów pasztuńskich między Pakistanem a Afganistanem i tam jest do dziś.

Pakistański generał Safdar Hussain po przetrząśnięciu rejonu przygranicznego za pomocą 75 tysięcy żołnierzy i po niezliczonych potyczkach z klanami stwierdził, że bin Ladena nie ma na tym terenie. Potem jednak raz po raz toczono tu bitwy z grupami talibów i schwytano kilku ważnych członków Al-Kaidy.

 


Poszukiwania toczyły się, lecz ich prowadzenie na terytoriach Wolnych Plemion to niczym próba znalezienia igły w stogu siana. Społeczeństwo pasztuńskie jest skrajnie konserwatywne i nieufne, i stąd wręcz niepenetrowalne dla służb wywiadowczych. Militarnie też trudno przeczesać te tereny. Przez góry niemal nie przebiegają drogi, miejscowi poruszają się pieszo lub konno, sobie znanymi szlakami.

Amerykanie wysyłają więc samoloty zwiadowcze. Jednak z powietrza nie widać jaskiń ani wnętrza głębokich dolin.

W Afganistanie na Talibów i członków Al-Kaidy poluje kilkanaście tysiecy żołnierzy amerykańskich oraz armia afgańska.

- Krok po kroku wygrywamy tę wojnę - tłumaczył mi kilka tygodni wcześniej w bazie w Ghazni pułkownik Gerald Timoney z armii USA - Nasi ludzie zdobywali już tereny, na które nigdy nie udało dostać się Rosjanom. Łapiemy i zabijamy członków ruchu talibów i Al-Kaidy. Talibowie są zepchnięci w odległe rejony i zmierzamy do ich całkowitego unicestwienia.

Wygląda jednak na to, że jest to kolejna wojna składająca z pasma wielu bitew, ale bez widoku na zakończenie. Duże afgańskie miasta i wykształcona część społeczeństwa dąży do nowoczesności, dla zacofanych wiosek świat zewnętrzny to samo zło. Talibowie umiejętnie podsycają te nastroje, budując mur nienawiści i blokując np. funkcjonowanie szkół w prowincjach.

 


Pościg za 25 milionów

 

Pakistańska strategia walki z Al-Kaidą to gigantyczne operacje angażujące dziesiątki tysięcy żołnierzy. Ci często mają problemy z rozróżnieniem swoich celów, co jest zresztą typowe dla wszystkich wojen partyzanckich. Wojskowi notorycznie atakują zwykłe wioski i bogu ducha winnych ludzi. Gdy jeden z oddziałów omyłkowo ostrzelał wioskę klanu Ahmadzaj Wazir zabijając 12 cywilów, starszyzna klanu wydała wojnę państwu. Rozzłoszczeni górale kilkukrotnie ostrzelali z rakiet pozycje żołnierzy. 

- Na terenach Wolnych Plemion trwa teraz wojna totalna - twierdzi Azadi, pakistański kamerzysta, który wielokrotnie odwiedził ziemie klanowe, robiąc newsy na zlecenie japońskich mediów. - rząd próbuje zdobyć kontrolę nad górami. Armia ma samoloty i możliwość kontroli dróg, ale to cała jej przewaga. Klany nie oddają dolin bez walki, a mają lepszą broń niż regularni żołnierze. Mają wszystko, nawet działa przeciwlotnicze, wyrzutnie rakiet. Tam nawet dzieci potrafią strzelać.

 

 

Nieoficjalne źródła mówią o ściśle tajnych oddziałach paramilitarych CIA, operujących w głębokich górach, i z pomocą miejscowych przewodników tropiących bin Ladena i ludzi Al Kaidy.

 


Sklepy z narkotykami

 

Jeśli wierzyć władającym Pakistanem generałom, armia utrzymuje strefę klanów w stanie ścisłej kontroli, nie wpuszczając do środka nikogo z zewnątrz, łapiąc terrorystów, niszcząc handel narkotykami, i wprowadzając prawo i porządek, a bin Ladena nie złapano jeszcze tylko dlatego, że go tu wcale nie ma. Jednak w samym Peszawarze można łatwo się przekonać, że klany mają swój własny, nieprzenikalny dla interwencji z zewnątrz świat. Osobną kwestią są powiązania między pakistańskim wywiadem i talibami, powiązania budowane jeszcze w czasach wojny z ZSRR a funkcjonujące do dziś.

Na przedmieściu Peszawaru obok drogi jest tablica z napisem: "Cudzoziemcy nie mogą przekraczać tego punktu bez zezwolenia". Miejscowi od pokoleń uczyli się przechytrzać władze i jej funkcjonariuszy. Za odpowiednią opłatą pod warstwą tkanin czy kartonów może przejechać przez punkty kontrolne nie tylko dziennikarz, ale ładunek broni, narkotyków, i poszukiwany zbieg. Przemytnik to na terenach klanów powszechny zawód, który przechodzi z ojca na syna.

Na obrzeżu miasta jest targowisko znane jako "bazar szmuglerów".

 

 

Przy głównych ulicach są giełdy samochodowe, sklepy z przemycaną elektroniką, i perfumami z Afganistanu. W głębi bazaru, tam gdzie policja i cudzoziemcy nie mają oficjalnie wstępu, są ukryte hurtownie towarów innej maści - broni, haszyszu, heroiny. Te towary są sprzedawane po prostu w sklepach.

W sklepie z haszyszem naładowane kałasznikowy stoją pod każdą ścianą. Dla bezpieczeństwa, wyjaśnia przewodnik. Czterech sprzedawców, rozpostartych na sofach, pali skręty. Wszyscy należą do jednego klanu, tego samego, co przewodnik. Rekomendacja pobratymca to jedyny sposób na bycie zaakceptowanym w tym świecie.

 

 

Na stole waga do odmierzania narkotyku, pod ladą piętrzą się w kartonach opakowane w folię paczki haszyszu po 100 gram, pół kilograma i kilogram. Towar przychodzi z afgańskich dolin w karawanach, na grzbietach osłów. Miejscowi pokazują też fałszywe dolary, do kupienia za połowę ceny. One prawdopodobnie przyjechały z Chin.

 

 

- Afgański haszysz kosztuje na terenach klanów 5 - 6 tys rupii za kilogram (250 - 300 zł). To najwyższa jakość - wyjaśnia Pierre, francuski fotograf od kilku miesięcy pracujący w Peszawarze. - Po drugiej stronie granicy kilogram idzie po najwyżej 1200 afgani (80 zł). Handel narkotykami to na pograniczu najłatwiejszy sposób na zarobek. Jak myślisz, skąd klany żyjące w środku gór i nie mające nic prócz stad owiec mają pieniądze na tą całą broń i amunicję?

 

 


Matecznik terroryzmu

 

Wokół Peszawaru wciąż żyje prawie 2 miliony uchodźców afgańskich. Pierwsi przybyli tuż po inwazji Rosjan. Do dziś żyją w nędznych chałupkach w osiedlach przypominających afgańskie wioski. Umorusane, niedożywione dzieci biegają wszędzie.

 

 

Dla uchodźców nie ma pracy, awansu, ani pomocy. Dla starszych dzieci nie ma nawet szkoły. Pakistan to biedny i zacofany kraj, nie ma funduszy na pomoc afgańczykom. Nastoletni chłopcy pracują w manufakturach Pakistańczyków, po 12-14 godzin na dobę, robiąc dywany, szyjąc ubrania, przenosząc paczki. Dzieciom płaci się 20 rupii (1 zł) dziennie.

Zgadza się, po prostu równowartość złotówki.

Można się zastanowić, ile w takim miejscu może być warte ludzkie życie?

 



- Zarabiam 60 rupii za dzień pracy od świtu do zmroku - wyznaje 20-letni Afgańczyk. - starcza na jedzenie i trochę haszyszu.

Islam jest jedynym pocieszeniem takich ludzi. Medresy, muzułmańskie szkoły religijne wychowały tysiące fanatyków, którzy potem ruszyli na Afganistan pod flagą talibanu. W świecie odrzucenia i wszechobecnej religii, która zna odpowiedź na każde pytanie i wyjaśnia świat bez żadnych wątpliwości, droga do zbawienia przez świętą walkę wydaje się czystą i piękną alternatywą.

Kultura dżihadu jest w Peszawarze obecna na każdym kroku. Czy to fasada kina, ozdobiona malunkami karabinów i eksplozji, czy sklep z muzyką muzułmańską którego wystawa obwieszona jest zdjęciami mudżahedinów. Młodzi, brodaci mężczyźni, swobodni i radośni, pozują z nieodłączną bronią. W tle błękitne niebo i ośnieżone szczyty.

 

 

Na targu afgańskim w Peshawarze można spod lady dostać kopię filmu propagandowego wydanego przez Al-Kaidę. Takie filmy trudniej dostać, niż narkotyki i broń które dostępne są na każdym kroku - gdyż bezpośrednia propaganda antyrządowa jest we wszelkich państwach muzułmańskich ciężko zwalczana przez władze.

I jak wszystko co zakazane, nęci smakiem zakazanego owocu. Miejscowi pośpiesznie organizują improwizowany seans i w jego trakcie z fascynacją wpatrują się w ekran. To prości, zwyczajni ludzie, gościnni i przyjaźni, ale ich oczy błyskają dziko a usta zaciskają gdy chłoną te fragmenty prostackiej propagandy.

Fragmenty przemówień Osamy bin Ladena poprzedzielane szaro-burymi spotami z afgańskich pustyń, gdzie ubrani na czarno, zamaskowani bojownicy trenują do upadłego pod palącym słońcem i strzelają do tarcz ze zdjęciem amerykańskiego prezydenta (ówcześnie Clintona).

- Nie boimy się Ameryki - cedzi z ekranu srogi mułła. - zabijaliśmy amerykańskich żołnierzy w Somalii i okazali się łatwi do pokonania. Jest tak dlatego, ponieważ amerykańscy żołnierze boją się śmierci. A dla nas śmierć jest zbawieniem.

ROZWIĄZANIE - DŻIHAD wykwita napis.

Tu, w slumsach środkowego wschodu, krainie biedy, braku edukacji, mułłowie - i tylko oni, bo nie politycy ani nauczyciele udzielają łatwych odpowiedzi na pytania jak rozwiązać problemy świata.

I niezmiennie wkładają w głowy ten sam jad, co sprawdził się u Hitlera, Stalina i Pol Pota. O rasie wybranej, budowaniu świata idealnego, niszczeniu zła większym złem.

Ale widząc to wszystko dookoła trudno nie odczuwać nienawiści. Co może sądzić o świecie ten siedmioletni niedożywiony chłopiec, który zamiast bawić się i chodzić do szkoły musi harować zbierając złom na przedmieściach Peszawaru - niewinne dziecko, którego twarz jest już właściwie twarzą dorosłego?

 

 

Osama bin Laden i jego ludzie zostali wykreowani przez rządy i media na symbole terroru. Ale rzeczywistość górskich plemion wplątanych w światową wojnę i rzeczywistość rzesz wegetujących i podatnych na propagandę nędzników ze slumsów muzułmańskich miast to problem, który nie zniknie, gdy siły specjalne doprowadzą polowanie do końca.

Kres polowania na bin Ladena nastąpił 7 lat później. Ale to kolejne ze zwycięstw wojny z terroryzmem nie sprawiło, by wojna ta była o krok bliższa końca.

 

 

 

Łukasz Czeszumski, Peszawar 2004

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KONTAKT: lukasz@czeszumski.com

CZESZUMSKI.COM - Łukasz Czeszumski Reporterskie Portfolio. CL Media. Wszelkie prawa zastrzeżone.