Łukasz Czeszumski
MEDELLIN. DZIECI MIASTA ZBRODNI

 

Sicarios: Płatni zabójcy. Pierwszy raz usłyszałem o nich od Enrique. On sześć lat wcześniej opuścił Kolumbię, i nigdy nie chciał tam wracać. Jego skojarzenia z ojczyzną były tak przerażające, że zamykał oczy, kiedy o nich mówił.

 

Carlos

Carlos Andres to na pierwszy rzut oka chudy, sympatyczny chłopaczek, wygląda jak grzeczny gimnazjalista. Gdyby wszedł, z tym swoim niepewnym uśmiechem, unikając patrzenia w oczy, taki jakiś fajtłapowaty do pierwszej lepszej knajpy, to mógłby wzbudzić tylko drwiny.

Ale pierwsze wrażenie nie może być bardziej mylące. Carlos nawet nie umie policzyć, ilu ludzi zabił w życiu. Jest byłym sicario, jednym z najbardziej doświadczonych płatnych zabójców z Medellin. Jego ciało pokrywają liczne blizny po postrzałach. Największą, po pocisku który przeorał szczyt jego czaszki, ukrywa pod niebieską czapką bejzbolówką. Pokazuje te blizny z dumą. "Ta jest z Comuna 7, a ta z Comuna 13" - wywołuje z pamięci nazwy dzielnic, w których toczył gangsterskie bitwy.

 

 

Carlos jest sierotą, dzieckiem wychowanym przez ulicę. Gdy tylko był wystarczająco duży by unieść broń, poszedł do lokalnego paramilitarnego "patrona" i poprosił go, by pozwolił mu przystąpić do gangu.

- Dlaczego chcesz być z nami? - zapytał "patron".
- Sicarios z drugiej comuny zabili mojego przyjaciela, chcę go pomścić.
- A potem?
- Jestem sam, bez rodziny, nie mam co ze sobą począć.

I "patron" przyjął go bez dalszych pytań. Dał mu broń, nauczył jej używać, i wysłał na pierwszą akcję. Carlos miał wtedy 12 lat. Dziś ma 23 i przedział czasu między tymi dwoma datami to dla niego jednostajny chaos wspomnień: śmierci, strachu i zniszczenia. Koszmar, z którego nigdy się nie wyleczy.

 

 

- Gdy szedłem zabijać - opowiada zacinającym się, niewyraźnym głosem - Gdy strzelałem do ludzi na ulicach i w budynkach nie myślałem o niczym innym tylko o tym, by być jak najdalej. Czułem się brudny, taki nieswój, wkoło widziałem tylko zabitych i krew. Jedyne o czym marzyłem to uciec i być daleko. Tamte chwile wracają do mojej głowy. Mam dni, w które tylko siedzę w fotelu albo leżę w łóżku i płaczę godzinami, bez końca. Albo patrzę w ścianę, bez żadnych myśli. Nie jestem w stanie podnieść się, nie mogę niczym się zająć. Tylko siedzieć i patrzeć w ścianę. - mówi, i spogląda na mnie tymi ciemnymi, łagodnymi oczyma grzecznego gimnazjalisty.

(...)

 


Chłopaki z Medellin:

 

Jeśli narazisz się mafii, to ona wyśle na ciebie tych młodych chłopców. Znajdą cię gdy twój samochód stoi w korku na głównej ulicy miasta, podjadą na szybkim motorze. Dwóch. Ten który siedzi na siodełku z tyłu będzie miał broń automatyczną. Albo wpadną do twojego domu, wyłamując drzwi i zalewając wszystko gradem pocisków. Zamieszkaj w fortecy, a podłożą pod nią bombę.

Nie ma ucieczki przed sicarios z Medellin.

 

 

Ale gdybyś z nimi porozmawiał, to byłoby ci ich żal. Ich całe życie to walka, narkotyki, i oczekiwanie na śmierć. Niczego innego te dzieci slumsów nie mogą oczekiwać. Nawet gdy wygrają jedną wojnę, to przyjdzie następna. A potem kolejna. Albo zamiast wojny tylko zlecenia na zabójstwa od "Patrona". Patron to zawsze ich szef, ich właściciel.

 

Bywa, że wysyła on na śmierć. Część "kontraktów" to są samobójcze misje.

(...)

 

Julio:

 

Julio Cesar (alias "Juliusz Cezar") wstąpił do gangu 7 lat temu.

 

 

- Do paramilitarnych wciągnęli mnie koledzy, gdy miałem 20 lat. Od razu na początku, gdy zobaczyłem jak wygląda to życie, chciałem wydostać się. Ale stamtąd nie możesz tak po prostu wyjść. Odejdziesz, to wymordują całą twoją rodzinę i ciebie na końcu. Gdyby tak nie było, to wszyscy by uciekli z grupy.

- Gdy powiedziałem mojej ówczesnej dziewczynie, że idę do AUC, zostawiła mnie. Dziś wiem, że postąpiła słusznie. Będąc w AUC ożeniłem się i już wiem, że jeśli prowadzisz jedną wojnę na ulicy, to ta wojna idzie z tobą do domu. Nie można zrobić tak, by to na ciebie nie wpływało. Wracałem do domu po walce i byłem jak szaleniec. Piłem, biłem żonę, chciałem pozabijać wszystkich, potem piłem więcej i więcej.

- Nie możesz nawet wejść do innej dzielnicy, bo zaraz cię zabiją. We własnej dzielnicy jedyni przyjaciele to ci z gangu. Zwykli ludzie, a nawet własna rodzina czują przed tobą tylko strach. Widzisz to w ich oczach. Witają się z tobą i pozdrawiają nie z sympatii, tylko dlatego że masz broń ze sobą i nie wiedzą, czy nie przyjdzie ci do głowy jej użyć.

Julio kręci nerwowo głową i krzywi twarz wyrzucając z siebie coraz bardziej bolesne wspomnienia:

- Zabijałem za milion pesos za człowieka (ok. 400 dolarów). Po jakimś czasie mój "patron", don Adolfo Paz awansował mnie. Wysłał mnie do Cordoby, gdzie w dżungli jest obóz szkoleniowy komendantów AUC. Szkolili nas, a potem wysyłali do prawdziwej walki w dżunglach Uraby przeciwko partyzantom z FARC. Wielu chłopaków z Medellin kierowano do dżungli na jakiś czas, abyśmy nauczyli się dobrze walczyć. Ledwie wróciłem do miasta, dostałem grupę młodych i zaczęła się 2-letnia wojna o dzielnice.

 

 

Miałem kumpla którego znałem od dzieciństwa. Razem wstąpiliśmy do gangu, razem walczyliśmy w Urabie. Zginął pierwszego dnia wojny o Comuna 13. Wybiegł na ulicę i dostał jedną kulę w oko i drugą w pierś. Dziś nie żyje nikt z tych, z którymi zaczynałem. Śnią mi się w nocy, i zawsze budzę się wtedy i płaczę.

Julio nigdy nie był bliższy śmierci niż pewnego wieczoru w centrum handlowym w śródmieściu Medellin. Gdy wsiadał do windy, z nim weszło dwoje sicarios z gangu przynależącego do FARC, mężczyzna i kobieta. Złapali go, wyjęli broń i zaczęli strzelać. W szamotaninie tylko 2 kule trafiły go. Gdy winda zatrzymała się na następnym piętrze, napastnicy uciekli. On osunął się zakrwawiony na podłogę windy i czuł, że umiera. Dziś też czasem śni mu się tamten wieczór, i budzi się wtedy z krzykiem. Stracił przytomność i obudził się w szpitalu. Przeżył, lecz wie, że przeznaczeniem każdego sicario jest umrzeć. "To i tak nie jest życie" - mówi z obrzydzeniem o tym, co robił przez ostatnie lata.

 

 

Adolfo Paz


Kontrola nad Medellin była rzeczą kluczową - tędy przechodzi przemytniczy szlak narkotyków i broni z centrum kraju na wybrzeże karaibskie. AUC zaczęło rekrutować tysiące sicarios, wyposarzać ich w broń wojskową, i wysyłać do ofensywy na miasto.

Wrogowie mogli przyłączyć się do nich, lub ulec eksterminacji.

- W końcu grupy AUC wykończyły w Medellin wszystkich innych, zdobyły całą władzę i nie pozostało im nic innego jak podzielić się i walczyć między sobą. To nie są wojny ideologiczne, a często nawet i nie o narkotyki. To konflikty o szacunek w dzielnicy, o popularność, o to, kto jest "lepszy i silniejszy". - twierdzi dyrektor Gaviria.

Na placu boju został najsilniejszy i najsprytniejszy ze wszystkich. Adolfo Paz naprawdę nazywa się Diego Murillo Bejarano. Urodzony i wychowany w comunach Medellin, był szefem ochrony Fernando Galeano, jednego z "menegerów" kartelu Medellin. Gdy Galeano został za zmalwersowane kartelowi 20 milionów dolarów złapany, torturowany i zastrzelony, Diego Murillo dołączył do PEPES, i rozpoczął przeciw Escobarowi wojnę na śmierć i życie. Po śmierci "capo" stał się jedną z największych figur półświatka Kolumbii;

 

 

Bohaterem niezliczonych wojen narkotykowych, zdrad i rajdów. W jednym z zamachów dostał 16 kul i stracił prawą nogę. W późnych latach 90. przedzierżgnął się w paramilitarnego komendanta, i ufundował 4-tysięczny blok AUC "Heroes de Tolova" walczący przeciw lewicowym partyzantom w północnej Kolumbii. Gdy jego armia "wiejska" zaczęła odnosić sukcesy wojenne, ufundował drugą armię - miejską w swoim rodzinnym Medellin.

 

(...)

 

Po demobilizacji Julio Cesar odwiedził Adolfa Paz w więzieniu maksymalnego bezpieczeństwa w Itagui.

Byli członkowie gangów spodziewali się wznowienia wojny, tego też obawiał się Julio gdy załatwiał zezwolenie na wizytę w jednym z najcięższych kolumbijskich więzień. Ale czekała go niespodzianka.

Patron powiedział mu, że wojna jest skończona i trzeba przygotować się na czasy pokoju. Julio wrócił do comuny i przekazał nowinę swoim sicarios. Wiedział teraz, że warto było przeżyć te lata koszmaru, nie dać się zabić tak jak wszyscy jego przyjaciele, że warto było obudzić się wtedy w szpitalu, po tym jak wrogowie napadli go w windzie i ostrzelali z pistoletu. Warto było aby dostąpić przywileju, który żadko który sicario kiedykolwiek miał możliwość dostać - móc wycofać się z gangu i rozpocząć nowe życie.

 

 

Łukasz Czeszumski Medellin Kolumbia

 

Był to fragment książki Łukasza Czeszumskiego BiałySzlak. Książka jest już do kupienia:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KONTAKT: lukasz@czeszumski.com

CZESZUMSKI.COM - Łukasz Czeszumski Reporterskie Portfolio. CL Media. Wszelkie prawa zastrzeżone.