Łukasz Czeszumski

DŻUNGLA AMAZOŃSKA - TRZY DNI PIEKŁA

 

 


Czekamy pół godziny na łódź, która ma nas zabrać kilkanaście kilometrów w górę rzeki. Tam ma rozpocząć się nasza wyprawa.
Płyniemy pirogą dwanaście kilometrów, to już tereny niezamieszkane. Przybijamy do brzegu, płacimy sternikowi i wysiadamy. Łódź odpływa.
Jesteśmy sami na wąskim skrawku plaży, nad nami stroma skarpa, na jej szczycie zaczyna się dżungla.

 

 

Wspięliśmy się na skarpę powstałą z wyschniętego błota. Na szczycie zatrzymujemy się na chwilę. Sandro odwija ze szmat maczetę, po czym wyjaśnia mi podstawowe zasady wędrówki przez dżunglę.


- Jeden idzie przodem, i wycina drogę przez zarośla – tłumaczy – potem się zmieniamy.

„Wpadka” przydarza mi się na samym początku. Przechodzimy przez błotnisty brzeg niewielkiego bajora. Sandro odcina maczetą kilka gałęzi na prowizoryczną kładkę i rzuca je na błoto. Powierzchnia błota sprawia wrażenie dosyć gęstej, zastygłej. Podczas przechodzenia tracę równowagę, stąpam obok kładki, i... wpadam po pas w grząską maź.

 

Dżungla:


A więc wreszcie! Po raz pierwszy w życiu jestem w dżungli. Dżungli, będącej marzeniem od dzieciństwa. W tej zielonej, kipiącej życiem przestrzeni, która przyzywała mnie do siebie przez tysiące kilometrów. Śniła mi się po nocach, wabiła swoją tajemniczością, egzotyką, czarem, obietnicą nieznanych emocji i adrenaliny. Pierwszym skojarzeniem ze słowem „przygoda” był zawsze obraz dżungli. Pełnej niebezpieczeństw, wymagającej nadludzkich sił i umiejętności, aby w niej przetrwać, i oferującej wytrwałym nagrodę - największą satysfakcję.

 

 

Dżungla zawsze zajmowała poczesne miejsce w wyobraźni wszelkiego autoramentu awanturników. Wabiła w swą głębię na dziesiątki sposobów. Wabiła poszukiwaczy złota i złotych miast, odkrywców, uciekinierów, miłośników przygody. Wielu nie wypuściła ze swoich objęć. Nieostrożny lub pechowy podróżnik znikał w niej na zawsze, wraz z ciałem, duszą, sprzętem i wszelkim śladem. Dlatego w realizacji mojego marzenia muszę mieć przewodnika. Sandro wie o selwie tyle, że kilka lat życia co najmniej musiałbym poświęcić, aby się wszystkiego od niego nauczyć.

Idziemy. Wycinając drogę, a miejscami tylko się przepychając między konarami i lianami. Idziemy powoli. W dżungli nieekonomiczny jest pośpiech. Poruszać się należy powoli, ostrożnie, całym ciałem manewrując między czepliwymi zaroślami. Człowieka nieprzyzwyczajonego takie skradanie męczy z początku bardziej niż intensywne biegi. Dopiero z czasem organizm sam dochodzi do wniosku, że taki sposób poruszania się jest w tych warunkach najlepszy.

 

 

W marszu przez dżunglę najtrudniejszy do przetrwania jest klimat. Gorąco w połączeniu ze skrajnie wysoką wilgotnością jest zabójcze dla nieprzystosowanego organizmu. Po piętnastu minutach niezbyt intensywnego wysiłku spodnie ubranie jest już przesiąknięte potem. Rośnie pokusa do zdjęcia koszuli z rękawami i odkrycia głowy, ale nie wolno jej ulegać. To wystawi skórę na ukąszenia owadów. Kilkugodzinne swędzenie i opuchlizna gwarantowane, a rozwijajace się po czasie choroby pasożytnicze to dodatkowe ryzyko.

 


Podczas wędrówki co chwila natykamy się na strumienie. Są płytkie i wąskie, a ich brzegi błotniste. Brodzimy przez nie poruszając się w wodzie po kostki. Sandro ma kalosze, więc woda mu niegroźna, za to moje lekkie buty przesiąkły. Niby takie jest ich założenie - łatwo się moczą i szybko schną, ale kiedy mam je wysuszyć?

Wychodzimy z wody, przechodzimy kilkanaście, kilkadziesiąt metrów i następny strumień.

 


Lekcje jakie daje dżungla są bolesne. Nie wolno chwytać żadnych pnącz ani krzaków. Łatwo powiedzieć. Gdy trzeba wspinać się, albo schodzić ze stromych, śliskich od błota pagórków co chwilę o coś się potykam. Łapię za najbliższą gałąź. Puszczam od razu. Na wewnętrznej stronie dłoni mam nabite kilkanaście pięciocentymetrowych kolców. Sterczą mi z ręki jak pęk gwoździ.


Klnąc wyciągam kolce z ran, i rzucam je na ziemię.

- Mówiłem, nie łap niczego – przypomina mi Sandro – przy schodzeniu z góry zetnij sobie maczetą gałąź nadajacą się na laske, i się nią podpieraj.

Innym razem nieopatrznie ocieram dłonią o kępę wysokiej trawy. Do skóry, w okamgnieniu, przywarło co najmniej tuzin kleszczy.

Wędrujemy przez cały dzień, wciąż głębiej w las. W dżungli nie da się iść według namiaru z kompasu. Nie da się, ponieważ trzeba omijać grzęzawiska, zwaliska drzew, lub fragmenty selwy tak gęsto zarośnięte, że przebicie się przez nie zabrałoby mnóstwo czasu i energii.

Jedyna pewna droga to ta, którą zostawiamy za sobą, wycięta ostrzem maczety i wydeptana naszymi nogami. Gdy zbacza się ze szlaku, lub wędruje przez obszar na tyle rzadko porośnięty, że nie trzeba używać maczety, należy co dwa kroki nadłamywać gałązki. Raz po prawej, raz po lewej. Orientacja w dżungli to coś, co można stracić na przestrzeni kilku kroków. Jeśli się zgubisz, możesz z zielonego labiryntu nie wydostać się nigdy.

 

Noc:


Dwie godziny przed zmrokiem rozbijamy obóz. Sandro buduje szałas. W dżungli amazońskiej niemal codziennie spadają deszcze, zazwyczaj w nocy. Trwają krótko, ale są bardzo gwałtowne.

 

 

Sandro wbija w ziemię sześć palików, tworzą one szkielet szałasu. Na to gałęzie, wyznaczające dach. Za dachówki służą liście palmowca, duże jak półmiski. Gruba warstwa liści zapewni, że podczas nocnego deszczu pod szałas nie przeniknie nawet kropla wody. Sandro do wiązania nie potrzebuje sznurka – używa giętkich pędów lian.

Liana to roślinny pasożyt, żerujący na drzewach w dżungli. Są setki jeśli nie więcej, podstawowych odmian lian. Są liany giętkie i cienkie, są grube i zdrewniałe. Są liany, na których można się huśtać niczym tarzan. Są takie, w których płyną trujące soki, albo czysta woda, którą można pić bez odkażania. Bywa, że liana tak się rozrośnie, tak wiele bedzie wysysać z żywiciela soków, że zabije swoje drzewo.

Widziałem taką lianę – gruba jak beczka, oplatająca niczym wąż zeschnięty i sczerniały pień.


- Ta liana zabiła swoje drzewo. Niedługo sama obumrze. – wyjaśnił mi Sandro.

 

 

Pod szałasem podwiesiliśmy moskitiery. Najlepsze są duże, bawełniane. Są ciężkie, i zajmują dużo miejsca w bagażu, ale można podwinąć ich brzegi pod posłanie, i są bardzo szczelne.

Przy ognisku gotujemy kolację. Po ziemi wkoło nas biegają całe armie mrówek. Sandro pali je, przesuwając nad ziemią zapaloną gałęzią. Szybko się przekonuję, że to najlepszy sposób na dokuczliwe owady. Mrówki są bardzo czułe na ogień. Nawet te, będące w odległości kilku centymetrów od końcówki palącej się gałązki, skwiercząc kurczą się, skręcają, i giną.

 


Noc w dżungli jest niesamowicie głośna. W bezustanne terkotanie cykad wbijają się co jakiś czas tajemnicze odgłosy: przedzieranie się przez zarośla, stąpanie, trzaski, wycie.

Prawdziwe życie tropikalnej puszczy odbywa się właśnie w nocy. Za dnia selwa wydaje się być wymarła. W nocy staje się przerażająco gwarna. Większość zwierząt właśnie w nocy rusza na żer. W nocy słabi i pechowi giną od jadu i szczęk silniejszych i tych, którym się poszczęściło. Jedni giną, inni mogą żyć dalej. Śmierć jest powszechna i nie słychać jej kroków w nocnym terkocie cykad. Dżungla to maksymalne natężenie życia i maksymalne natężenie śmierci.

To wszystko daje fascynujący napór emocji, które współistnieją w tym systemie.

 

 

Wędrówka:

 

Tuż przed świtem skończył się godzinny deszcz. W jego rozpylonych, mglistych strugach płynących jednostajnie z nieba wszystko zlewa się w niebieskawy pejzaż.

Wstajemy, pakujemy się. Po deszczu las jest jeszcze bardziej mokry, niż zwykle, ale powietrze jakby bardziej rześkie, lżej się oddycha. A do wilgoci w dżungli można się tylko przyzwyczaic, bo nie da się jej pokonać.

Koszulę, którą wczoraj powiesiłem na gałęzi, aby wyschła, zastaję oblepioną mrówkami. Nie da się ich wytrzepać, powczepiały się szczękami o strukturę materiału. Gdy wyrywam je, zostają dziury. Mrówki zwabiła sól, która jest w pocie. Sól to jeden z najtrudniejszych do zdobycia towarów w dżungli, którego jednak potrzebują wszystkie żywe istoty do fukcjonowania.

Wyrzucam koszulę, już nie da się jej uratować.

 


Obładowani plecakami, wycinamy na zmianę scieżkę w roślinności. Przedzieramy się naprzód, po kostki brodząc w błocie lub gnijących resztkach roślin. Forsujemy strumienie, odczepiamy się od kolczastych gałęzi, które co jakiś czas nas 'chwytają'. Wraca wczorajsze uczucie – gorąco, zadyszka, każdy ruch to tytaniczny wysiłek. Skóra jakby oblepiona mokrą, ciepłą watą. Ta wata ciąży i dusi.

- Jaka odmiana drzew jest najstarsza? – pytam Sandro na którymś postoju.

- Nazywa się Mapacho. Dożywa tysiąca lat, albo i więcej. Ale trudno je napotkać, bardzo rzadko występuje. Częściej napotyka się nieco młodszy gatunek, Amendrillo, najstarsze mają po 600 - 700 lat.

 

 

Są owady, które żyją przez kilka godzin, i umierają. I są drzewa, żyjące tysiąc lat.

Idę przez selwę, i patrzę dookoła – drzewa, liany, krzaki. Co najwyżej dziwi mnie i zachwyca różnorodność form natury. Na przykład liści. Widzę liście nie tylko o różnej wielkości i kształcie, ale i rozmaitej fakturze: liście gładkie, włochate, kolczaste, błyszczące i szorstkie, cienkie jak bibułka, i grube jak palec. Ale nie wiem nic więcej o świecie, który mnie otacza. Dla Sandro każde drzewo, każda liana i krzak ma swoją nazwę hiszpańską lub indiańską. Często ma też zastosowanie. To drzewo jest dobre do budowy łodzi, tamto na szałas lub chatę, to długo pali się w ognisku, a tamto gdy się pali, daje dym, który odstrasza moskity. To jest che – drzewo o trującym soku. Kropla w oku i tracisz wzrok. Kropla na skórze – cały puchniesz.

 

 

To jest Soliman – też trujący, z jego soku wyrabia się kurarę. Ale kurara może być pomocna. Jeśli weźmiesz trochę na czubek drzazgi, i ukłujesz tym jątrzącą się ranę – a kurara odkazi ją i przyspieszy leczenie. To jest ebanto, dobry na biegunkę. A gdy masz bóle stawów, ulgę da ci odpowiednio spreparowany wyciąg z el ciuciuaso. Jeśli zachorujesz na malarię, nie musisz szukać lekarza ani apteki, pomoże ci kora drzewa gabetillo, gdzie indziej nazywanego drzewem chininowym. Przeciwbólowe działanie ma liana clavel de dolor. Z kolei sok drzewa maibo odkaża mocniej, niż jodyna. Ten krzak nazywa się palo santo, i jest bardzo użyteczny, bo mieszkają w nim małe, czerwone mrówki. Jad tych mrówek pomaga na wiele chorób.

 


Dżungla może zaoferować niemal wszystko dla tego, który poznał jej tajemnice.
W tropikalnej puszczy podróżnik jest sam ze swymi siłami i umysłem wobec potęgi i możliwości natury.

Dżungla działa swoją atmosferą najsilniej na umysł wędrowca. Przedzierający się przez zielony labirynt wraca mentalnie do czasów pierwotnych. Czym jest wobec niezmierzonej powierzchni i zagrożeń samotny człowiek, lub nawet grupka ludzi? Czym różni się od swojego neandertalskiego przodka? Może liczyć na wytrzymałość swoich nóg, na zwinność, siłę, na refleks i odwagę. A przede wszystkim – na swą inteligencję i wiedzę, bo to one pozwoliły mu opanować cały świat.

Współczesny człowiek wkraczający w tropikalną gęstwinę może wspomóc się prymitywnymi przedmiotami: maczetą, ubraniem, chemikaliami, kompasem. W konfrontacji z rzeczywistością to wszystko, to tylko gadżety, ułatwiające życie.

To co najważniejsze, jest w tobie.

 

 

Większość ludów pierwotnych, żyjących w początkach XXI wieku wciąż tak, jak ludzie żyli setki pokoleń temu, wyznaje animizm w swojej klasycznej postaci. Wiarę w to, że wszystko: drzewa, rzeki, kamienie, zwierzęta, władane jest przez duchy. Duchy dobre, złe, lub obojętne. Rozpalenie ognia to wywołanie ducha – pomocnego, ale podstępnego, chwila nieuwagi i zamieni się w niosącego nieprawdopodobną destrukcję demona.

Od duchów roi się w powietrzu, w wodzie, w ziemi. Wiele jest duchów dybiących na człowieka – ich atak objawia się chorobą, szaleństwem i śmiercią. Animizm – pierwsza wiara świata. Animizm nie wyjaśnia otaczających nas zjawisk. On pokazuje, że swiatem rzadzą tajemnicze i obce siły. Siły o motywach niepojętych dla człowieka. My, ludzie, jesteśmy w tej filozofii słabi i mali, jedynym celem naszego życia jest przetrwanie, ale dzięki swym przymiotom, potrafimy temu celowi sprostać.

 

 

Gęstwina dżungli dyszy nagromadzonym w niej życiem. Człowiek samotny w dżungli nie czuje się samotny. Albo, właśnie - czuje się samotny stokrotnie bardziej, bo wokół tyle istot mu obcych.

Oddziaływanie klimatu, poczucie obcości, i inne warunki środowiskowe silnie działają na umysł. Naszymi czynami zaczynają sterować emocje. Zanika rozsądek, przestrajamy się na władzę popędów. Budzą się drzemiące w zakamarkach umysłu instynkty.


Przez kilka dni w dżungli mieszczuch z XXI wieku może zaznać uczuć, które zanikły w nim podczas ewolucji i pokoleń życia w cywilizacji. Jakim byłby po roku? Bliższy zwierzęciu? A może obudziłby się w nim ów pierwotny humanizm, charakteryzujący ludzi dzikich plemion, ludzi z gruntu dobrych, pomocnych, szlachetnych, a jednocześnie często nie rozumiejących powodów swoich czynów?

Cywilizacja deprawuje, a natura uszlachetnia. I nikt nie zna powodów takiego stanu rzeczy.

 

 

Pożegnanie:


Po trzech i pół doby w dżungli wróciłem do miasta. Pożegnałem się z Sandro przy przystani, tam gdzie sie poznaliśmy, i każdy z nas wrócił do swojego życia.

Zapada zmierzch, gdy idę na moich poranionych stopach do hotelu. Niosę na sobie kilogramy wody. Plecak pełen mokrych rzeczy. Człapię w zabłoconych butach. Moją skórę pokrywają setki (naliczyłem się trzystu) ukąszeń much, komarów i innych owadów. Niektóre z tych ukąszeń wyleczą się dopiero kilka miesięcy później. Ubranie mam brudne, mokre, miejscami porwane.

 

 

Z uliczki pod hotelem dochodzą rytmy latynoskiej muzyki, na korytarzu kłótnia pijanych facetów. Ćma krąży wokół płomyka świecy, jej skrzydła rzucają migoczące cienie na ścianach. Patrzę w sufit. Myślę o selwie i jej niematerialnej aurze.

Nie mogę się od tej myśli uwolnić.

Łukasz Czeszumski, Trinidad Boliwia Wschodnia, 2003.

 

Korekta: Kasior.

 

CZYTAJ TEŻ:

 

EGZOTYCZNE WYPRAWY DLA CIEBIE

ZBRODNICZE RIO DE JANEIRO

POLOWANIE NA TRAFIKANTÓW

MOJE ŻYCIE

 

 

 

 

 

CZESZUMSKI.COM - Lukasz Czeszumski Portfolio Reportera. Wszelkie prawa zastrzeżone.