Łukasz Czeszumski
NA ŚWIĘTEJ ZIEMI

 

"Jeśli chcecie jechać dziś do Jerozolimy, to szybko wracajcie. Najpóźniej o 17. Po południu często Arabowie zaczynają strzelaniny, potem izraelscy żołnierze im odpowiadają i może to trwać kilka godzin. A wtedy miasto zostaje zamknięte, nikt nie wejdzie, nikt nie wyjdzie. I przed nocą nie wrócicie. Przedwczoraj tu u nas w Betlejem strzelali, to trwało pięć godzin"



 

ZA ALLENBY BRIDGE


Allenby to most na rzece Jordan, stanowiącej granicę Izraela i Jordanii. Zaledwie siedem lat temu zakończył się formalnie stan wojny pomiędzy tymi krajami. Dziś granica jest otwarta, lecz stan mobilizacji po obu stronach rzuca się w oczy każdemu. Niektórym też komplikuje życie, na przykład nam - poprzedniej nocy zostaliśmy na kilka godzin aresztowani przez jordańskie wojsko za "poruszanie się nocą w okolicach morza martwego". Czyn ten jakoby jest zabroniony i podlega nawet karze deportacji. Po przesłuchaniu Jordańczycy zwolnili nas jednak, ale za to złośliwie wywieźli aż na przedmieścia Ammanu. Była druga w nocy, ale nawet nie mieliśmy sił szukać hotelu. Włamaliśmy się na pobliską budowę meczetu i przespaliśmy wśród niedokończonych murów przybytku wiary. Następnego dnia bez problemu dotarliśmy na granicę. Przejechaliśmy most nad Jordanem, i weszliśmy do obwarowanego terminalu.

Izraelska kontrola graniczna należy do najbardziej drobiazgowych na świecie. Szczegółowo sprawdzany jest bagaż i zawartość kieszeni przybyszów, nikogo nie ominie też "wywiad" ze służbami bezpieczeństwa. Szczupły chłopak i młode najwyżej dwudziestoletnie kobiety nie wygladają groźnie, mimo wiszących u boku pistoletów. Nic bardziej mylącego. Na jeden rozkaz do zaczepionego na ramieniu komunikatora terminal zapełni się uzbrojonymi po zęby antyterrorystami. Po długiej podróży po krajach arabskich wręcz kole w oczy czystość. Tłum przyjezdnych - Żydów i Arabów tloczył się w kolejce do bramek kontrolnych. Turystów zaledwie kilku. Ostatnimi czasy Bliski Wschód nie jest zbyt popularnym miejscem na wakacje.

 

 

Pytania strażników granicznych były dociekliwe. Kto jest podejrzany, zostanie zawrócony z granicy:

- Dokąd pan jedzie? A, tamci są z panem? Proszę panowie, proszę. Dokąd więc panowie jadą? Gdzie to jest? Gdzie się zamierzacie zatrzymać? Co będziecie tu robić? Dokąd pojedziecie potem? Do Egiptu, a macie wizy? Proszę pokazać. Macie. Czy podczas pobytu w Syrii i Jordanii ktoś nie przekazał wam jakiegoś przedmiotu? Są panowie tego pewni? Powtarzam, czy są panowie tego pewni?

Wreszcie nastapiło długo oczekiwane "Welcome to Israel" i pieczątka wjazdowa. Nie, nie do paszportu. Na osobną kartkę. Osoba posiadająca izraelską pieczątkę w paszporcie narażona jest na niewpuszczenie do większości państw arabskich, takich jak np. Syria, Liban czy Sudan. Na życzenie turysty pieczęć jest więc wbijana tylko na formularz wjazdowy.


Za terminalem rozciąga się kamienista, wyprażona słońcem pustynia. Przez nią prowadzi droga do Jerycha. Jedynym sposobem dostania się tam jest jazda specjalnym autobusem.

Kilkunastokilometrowy pas przygraniczny to strefa zamknięta. Pustynię przecinają pasy zasieków, wznoszą się wieżyczki strażnicze, autobus przejeżdza przez coraz to kolejne punkty kontrolne. Temperatura ponad 30st. celsjusza. U stóp masztu na którym powiewa flaga z niebieską gwiazdą Dawida stał żołnierz w kamizelce kuloodpornej i kevlarowym hełmie. Gorąco zdawało się nie robić na nim wrażenia.

Z Jerycha do Jerozolimy dojechaliśmy taksówką. Przez odludne, gorące ulice miasteczek i wiosek, przez kręte prowadzące przez góry i pustynie serpentyny. Kierowcą był gadatliwy, młody Palestyńczyk. Prowadzi szybko i pewnie żółty, dobrze utrzymany samochód. Miałem jeszcze w pamięci gruchoty, które jeździły w Syrii, a które nazywano tam szumnie taksówkami. Tamte miały jednak niezaprzeczalną zaletę - kursy kosztowały pięć razy mniej.

- O, widzicie ten hotel? - wskazał mijany przez nas wieżowiec - tu było kasyno. Wielkie kasyno. Bogacze z całego świata tracili tu miliony. Zazwyczaj tracili, czasem oczywiście wygrywali. Miliony! Ale teraz kasyno jest zamknięte. Wszystko jest u nas pozamykane. To martwy kraj.

- Dlaczego? - pytam.

- Bo jest wojna! - wykrzyknał - Tak, wojna, ale nie musicie się niczego obawiać - dodał szybko - Hamas nie atakuje obcokrajowców. Arabowie to ludzie przyjaźni mimo, że nasza sytuacja jest bardzo zła. Nie wierzcie w to, co wam będą mówić żołnierze: że na terenie Autonomii panuje anarchia, że was tam zabiją a potem zjedzą. To bzdury. Zresztą, pojedźcie do Autonomii, a sami się przekonacie.

Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy na teren Autonomii Palestyńskiej. Chcieliśmy się przekonać, czy to co mówił młody gadatliwy taksówkarz, jest prawdą.



W PALESTYNIE


Taksówki i autobusy z Jerozolimy do Betlejem zatrzymują się przed obwarowanym checkpointem izraelskiej armii. Dalej już nie pojadą. Punkt kontrolny trzeba przejść na piechotę i po drugiej stronie szukać kolejnego transportu. Nieliczne samochody których kierowcy mają pozwolenie przejazdu przez granicę, przejeżdżają slalomem pomiędzy ułożonymi na drodze betonowymi zaporami. Wysoki izraelski żołnierz kryjący oczy za szkłami lustrzanych okularów wyciagnął rękę po dokumenty. Z obojętnym wyrazem twarzy kartkował mój paszport. Drugi siedział na krześle za murem z worków z piaskiem, opierając ręce na automacie z granatnikiem. Ładownice na piersi miał pękate od magazynków z amunicją. Wreszcie wysoki bez słowa oddał mi dokument, moich kolegów zbywając tylko machnięciem dłoni. Bagażu nie sprawdzał. Obcokrajowców raczej nie dotyczą ograniczenia. Stojącej za nami w kolejce arabskiej kobiecie dokładnie sprawdził torby.

Sto metrów dalej drewniana budka nad którą powiewają palestyńskie flagi obwieszczała, ze znaleźliśmy się już w Autonomii. Palestyński policjant w granatowym mundurze opierał się o mur, paląc papierosa.

Gdy kilka dni później znowu wybraliśmy się do Betlejem, szliśmy inną drogą. Zamkniętym dla samochodów, nieoznaczonym szlakiem pieszym. Za punktem kontrolnym zastaliśmy puste ulice wysiedlonej dzielnicy. Przejście było, mimo wielkiej czerwonej tablicy wieszczącej "Teren wojskowy. Wstęp wzbroniony". Zignorowaliśmy nawoływania taksówkarzy, ostrzegających, że spacer grozi śmiercią. Wtedy już wiedzieliśmy, że nic nam tu nie grozi, mimo groźnych pozorów. Słupy oświetleniowe i ściany przydrożnych budynków podziurawione kulami. Na ulicy - śmieci. Pusto. W pewnym oddaleniu grupa bloków mieszkalnych. Zostały wysiedlone lata temu, a na najwyższych piętrach zobaczyliśmy ukryte za siatką maskujacą stanowiska obserwacyjne izraelskich snajperów.

 

 

Wkrótce dotarliśmy do centrum Betlejem. Niewielkiego miasteczka o krętych uliczkach wąskich tak, że ledwie mieści się w nich samochód, o piaskowego koloru ścianach niewysokich budynków, z górujacą nad dachami wieżą chrześcijańskiego kościoła. Na ulicach centrum, jak w każdym arabskim kraju, ciągle toczy się życie. Palestyńczycy siedzą tłumnie w kawiarniach, na przyniesionych z domu stołeczkach, albo zwyczajnie stoją, gadają. Gadają i obserwują. Biega też mnóstwo dzieci, ganiają się wydzierając wniebogłosy. Jednak w tym w wszystkim była też jakaś martwota, jakieś uśpienie. Nie było tu radosnego pośpiechu, ożywienia jak w Stambule, jak w Damaszku. I nie chodzi tu o wielkość miasta, raczej o ogólny nastrój. Dziwny był nastrój Betlejem. Ponury i wyczekujący. Jak cisza przed burzą.

Na przedmieściu było dużo zniszczonych domów. Smutne gruzy, nikt ich nawet nie sprząta, nie wspominając nawet o odbudowywaniu. Widziałem też sklep z biżuterią przy wyjeździe z miasta. Został zamknięty dawno temu, wejście dodatkowo zabito deskami. Stał, odrapany niczym skład rupieci, zapomniany. Tylko napis na szyldzie przypominał, że kiedyś ktoś marzył o zrobieniu w Betlejem pieniędzy na jubilerstwie.

I najważniejsza cecha miasta - plakaty. Na bramach sklepów, ścianach domów, słupach, drzwiach. Na nich - brodaci, pewni siebie przywódcy terrorystów pozują z bronią w otoczeniu patriotycznych haseł. Te plakaty są wszędzie, starannie przyklejone, przypominają mieszkańcom, że HAMAS bynajmniej nie zawiesił działalności. Że wciąż walczy, że przygotowuje się do wciąż nowych ataków na znienawidzonych Żydów.

- Co nam proponuje Arafat i OWP? - powiedział mi pewien Palestyńczyk - oni siedzą i nic nie robią, biorą tylko pieniądze, a Izraelczycy masakrują dzieci, bombardują nasze domy. Nie ma innej drogi do naszej wolności, niż walka zbrojna. To my jesteśmy w tej wojnie najbardziej poszkodowani. Pracowałem w Jerozolimie do zeszłego roku. A potem zamknięto dla nas miasto, zostałem bez pracy, co mam teraz robić? Mam ośmioro dzieci i żonę na utrzymaniu. Dokąd mam iść? Bo my, Palestyńczycy, mamy tylko pustynię. Oto nasza autonomia. Tyle nam Izraelczycy zostawili z naszej ojczyzny.

Nie wszyscy Palestyńczycy uważają, że przemoc to jedyna słuszna droga. Ale na ulicach Betlejem panuje radość, gdy w Izraelu uda się jakiś zamach. Gdzie leży prawda? Bo jasnym jest, że oni przede wszystkim chcą żyć i pracować. Bez prześladowań, bez strachu przed bombardowaniami, z dala od rozpaczliwej biedy. Pewien palestyński taksówkarz, który wiózł nas w powrotną drogę, był z zawodu policjantem. Jako taksówkarz dorabiał do mizernej pensji. Tu tylko sprytni mogą sobie poradzić. Inni nie przetrwają.

 

 

DROGA DO NIEBIOS


W kulturze zachodniej człowiek popełniający zbrodnie na niewinnych w imię swoich idei nazywany jest fanatykiem. Fanatyk - to nie komplement. Kiedyś przeczytałem zdanie: "Fanatycy to najgorsi z ludzi". Bo są zdolni do popełnienia zła, czyniąc je w imię dobra.

Było tuż przed czternastą. Siedziałem koło Bramy Damasceńskiej w Jerozolimie, czekając na moich przyjaciół, z którymi się tu umówiłem. I wtedy to się zdarzyło.

Mudżahedin w języku arabskim oznacza uczestnika dzihadu, świętej wojny w obronie islamu. Za takiego musiał się uważać ten chłopak, i na pewno był z tego dumny. Gdy już było po wszystkim, myślałem sobie: że wywodził się z jednego z tych palestyńskich osiedli nędzy a może z którejś z wiosek Zachodniego Wybrzeża. Że być może jego ojciec, albo ktoś z rodzeństwa zginął od izraelskich pocisków. Nawet jeśli nie, to musiał być świadkiem czegoś takiego. Jak w trakcie jednej z tych szaleńczych wojen, chorych wojen nie znających łaski ani miłosierdzia, akcji policyjnej, w której komandosi strzelają nie patrząc do kogo, bo chcą wyjść z życiem z kolejnej akcji.

Ciekawilłem się, ile lat miał zanim nauczył się, że swiat dzieli się na dwie strony. Na wiernych i niewiernych. Niewiernych, którzy uciskają wiernych, gniotą ich i mordują bez litości. Że trzeba wrogowi odpowiedzieć przemocą. Że bojownicy pod flagą Allaha mogą roznieść wrogie oddziały na strzępy, i zepchnąć Żydów do morza.

Nie musieli go długo szkolić. Nie czekało go w końcu trudne zadanie. Musieli się tylko upewnić, że ich nie zawiedzie. Nauczyć (jak ja to nazwałem) nienawiści i całkowitego zaufania do religii. Gdy szedł przez tłoczne, głośne ulice nowego miasta w Jerozolimie, chyba myslał tylko o dwóch rzeczach. O tym, żeby mu się udało. I o raju, w którym niedługo się znajdzie. Patrzył na mijanych ludzi, starając się nie zwrócić uwagi swoją osobą czujnych żołnierzy patrolujących miasto. Czy było mu żal tych wszystkich nieszczęśników, bo nigdy nie zaznają rozkoszy zbawienia? Nie miał na to wiele czasu. Wszedł do włoskiej pizzerii przy głównej ulicy - Jaffa Road. W środku było sporo ludzi. To go chyba ucieszyło.

 

 

Wiele tygodni potem dowiedziałem się, kim był. Miał 23 lata. Był absolwentem uniwersytetu w Hebronie. I był jedynakiem. Jego ojciec żałował, że nie miał dwóch synów, bo wtedy obaj mogliby przyslużyć się sprawie HAMASU.

Nawet nie usłyszałem eksplozji mimo, że miała miejsce trzysta metrów od Bramy Damasceńskiej. Dopiero gdy dobiegliśmy na miejsce śledząc pędzące karetki i policyjne furgonetki, dostrzegłem rozmiar zniszczeń. Pizzeria była całkowicie zdemolowana, zostało rannych też wielu przechodniów. W całej okolicy wyleciały szyby. Teren otoczyli policjanci. Na nich nie robiło to wrażenia, takie zdarzenia to tu codzienność. Sprawnie przeprowadzali akcję ratunkową, zwinęli też kilku młodych Palestyńczyków kręcących się w pobliżu. Nie wkładali w swą pracę uczuć. Przeciwnie, niż przypadkowi świadkowie zdarzenia oraz gapie:

- To naród morderców! - krzyczał wzburzony, ortodoksyjny Żyd do dziennikarza amerykańskiego dziennika - czy my możemy z nimi rozmawiać? Tak kończą się te rozmowy! To samo robią w Algierii, w Czeczenii, w Afganistanie. Ich trzeba wytłuc jak robactwo, wybić - dla dobra ludzkości!

 

 

Kolejny samobójczy atak na mieszkańców Izraela. Kolejne ofiary. W eksplozji zginęło 15 osób (w tym matka z pięciorgiem dzieci), ponad 100 zostało rannych. W większości ofiarami byli ludzie młodzi. Wszyscy byli cywilami.


REWOLUCJA KAMIENI
I ŚWIĘTA WOJNA


Intifadą, czyli powstaniem, lub rewolucją kamieni nazywają Palestyńczycy zamieszki ludności cywilnej przeciw izraelskim osadnikom i wojsku. Do najkrwawszych zamieszek dochodziło zawsze i dochodzi w strefie Gazy. Zazwyczaj zaczyna się od ataku na izraelski posterunek, patrol, na osadników. Potem wojsko odpowiada. Gumowymi kulami, strzałami w powietrze. A gdy to nie pomaga, ostrą amunicją i czołgami. Ludzie giną po obu stronach.

Inaczej wygląda walka z terroryzmem. Izraelczycy używają do tej walki wypracowanych długoletnią praktyką metod. Podstawową strategią jest rozpoznanie i eliminacja przywódców ugrupowań. Wielu Palestyńczyków jest informatorami i szpiegami izraelskich służb bezpieczeństwa. Sprzedają informacje za pieniądze. Nie jest trudne ich zwerbowanie w obliczu biedy panującej na terenach Autonomii. Kolaboranci jednak wiele ryzykują. Jeśli podziemne organizacje znajdą szpiega, kara jest jedna - śmierć.

Wykryci przywódcy podziemia są najczęściej likwidowani przy użyciu snajperów. Nad palestyńskimi osiedlami każdego dnia krążą izraelskie helikoptery. Czasem to właśnie z nich pada śmiercionośny strzał. Używa się też rakiet kierowanych. Taka rakieta może rozerwać ofiarę wraz z jej samochodem, domem, lub biurem. Tak właśnie zginął 27 sierpnia 2001 Mustafa Zibri, przywódca Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny.

Patrole policyjne na ulicach, posterunki na drogach i drobiazgowe kontrole graniczne to profilaktyka, ograniczająca działalność terrorystów. Każdy patrol i posterunek da się jednak ominąć, to tylko kwestia profesjonalizmu i szcześcia. Bomby podkładane na ulicach, wysadzający się samobójcy, zbrojne ataki to tutaj po prostu część życia, przed tym nie ma ucieczki.

W odwecie za te ataki Izraelczycy bombardują Palestynę, działając według zasady odpowiedzialności zbiorowej. Karają także ekonomicznie, podwyższając ceny wody czy elektryczności. Tylko w ciągu ostatnich 7 miesięcy woda w Betlejem zdrożała o 30 procent. Woda to w pustynnym kraju największy skarb. Da się przeżyć bez elektryczności, kanalizacji i telewizji. Można przeżyć jakiś czas i bez jedzenia. Ale bez wody? Ataki odwetowe trafiają boleśnie w ludność cywilną. Coraz bardziej obwinia ona Żydów, i spirala przemocy się nakręca.

 

 

 

- Jedyny sposób to zniszczyć te nacjonalistyczne ugrupowania islamskie - powiedział Eugeniusz, Ukrainiec, który w szkole prowadzonej przez księży Salezjan w Betlejem studiuje język arabski - wtedy być może zapanuje pokój. Znam tu wielu muzułmanów, to dobrzy i uczciwi ludzie. Razi mnie tylko ich nienawiść, i radość z udanych zamachów HAMASU. Przecież to do niczego nie prowadzi. Gdy skończę studia, wyjadę stąd. Nie mógłbym żyć w tym kraju na stałe. To życie ze strachem, ciągłym strachem. Nie dałbym rady.

 

MODLITWA


Ściana Płaczu jest otoczona przez oddziały policji. Lotniskowe bramki bezpieczeństwa to jedyna droga, by się tu dostać. Strażnicy dokładnie przeszukują wchodzących.

Żydzi modlą się pod ścianą. Modlą się od wieków. W szpary w chropowatym murze wtykają ciasno zwinięte karteczki z prośbami do Boga. Prośbami, albo podziękowaniami. Ale myślę, że częściej z prośbami. Ten mur, wszystko co zostało ze starożytnej świątyni Salomona, jest symbolem krzywdy narodu żydowskiego znanym na cały świat. Ile z tych małych karteczek zawiera błagania o zastopowanie przemocy?

Chudy Palestyńczyk zamiata plac. Ortodoksyjni Żydzi w czarnych tradycyjnych szatach, z długimi pejsami, studiują księgi. Wkoło policja, żołnierze, uzbrojona straż.

 

 

Oto Jerozolima. Święte miasto trzech religii. Ziemia obiecana. Pewnie w taki jak ten, upalny dzień, umierał Jezus. Cóż jednak jego śmierć zmieniła? Czy coś ponad to, że żołnierze są inaczej ubrani? I tak taka sama śmierć z ich rąk. Ta sama śmierć od rzymskiego gladiusa, ta sama od pocisku kalibru 5.56 izraelskiego M-16 i kalibru 7.62 kałasznikowa, to samo cierpienie uciskanych, te same czyste ręce skazującego na śmierć, tylko role się zmieniają. Ale krwawe myśli Heroda, a raczej Herodów wciąż te same. Bo kim był rabin Yisrael Ariel mówiący: "Jest tylko jeden Izrael, od Nilu do Eufratu, cała ta ziemia należy do ludu Izraela i nie ma tu miejsca dla gojów". I kim jest duchowy przywódca HAMASU, niewidomy szejk Ahmad Jasin który twierdzi to samo tyle, że zamiast Izraela stawia państwo islamskie? Na darmo umierałeś na krzyżu Jezusie, mimo że na miejscu twojej śmierci postawili ci kapiącą złotem świątynię. Wszystko zostało jak było. Widocznie ludzi nie da się zmienić.

Wszystko wskazuje na to, że sytuacja na Bliskim Wschodzie jeszcze się pogorszy. Nie ma mowy o rozejmie. Obie strony sa zdecydowane bronić swoich racji do ostatniej kropli krwi. Narody od tysiącleci obok siebie, oba oddane pokojowym w swym założeniu religiom. Jedna to dogasająca, to na powrót rozniecana, krwawa wojna.

Wojna, krew, płomienie. Tego obawiają się wszyscy ludzie. Niezależnie od tego, czy są Żydami, Muzułmanami, Chrześcijanami, czy kimkolwiek innym. Ci sami ludzie nienawidzą, krzyczą, strzelają. Z imieniem Boga na ustach.

 

PIEKŁO I RAJ


Wyjeżdżaliśmy z Izraela. Ostatni raz przechodziliśmy przez punkt kontrolny na rogatkach Betlejem. Był sierpniowy, senny i ciepły poranek. Świat powolutku, niespiesznie, budził się do życia. O takiej porze nie ma tu walk. Ani teraz, ani w środku dnia. Ciężko się walczy, gdy słońce grzeje na całego. I umiera ciężej, ze świadomością, że dzień dopiero się zaczął, że można było jeszcze tyle zrobić.

W palestyńskiej budce było dwóch policjantów. Jeden rozparł się wygodnie, nogi położył na stole, stary kałasznikow spoczywał też na blacie, nawet poza zasięgiem rąk policjanta. Jak niepotrzebny nikomu rekwizyt. Symbol gotowości do akcji, po prostu odłożony na bok. Teraz jest godzina relaksu, teraz nie będzie potrzebny.

W izraelskim posterunku także rozprężenie, choć nie aż takie jak u Palestyńczyków. Radio ustawione na kupie żołnierskich plecaków grało jakąś spokojną piosenkę. Jeden z żołnierzy wtórował piosenkarzowi, do śpiewu wybijał rytm palcami na zamku karabinu M-16. Nawet nie sprawdzali dokumentów.

 

 

Potem był dworzec autobusowy w Jerozolimie. Wczoraj wszyscy pasażerowie i pojazdy zostali z niego ewakuowani z powodu podejrzenia, że ktoś podłożył bombę. Ale następnego dnia działał bez zarzutu. Zdawałoby się, że wydarzenia poprzedniego dnia odeszły już w zapomnienie. Autobus w 4 godziny przebył pustynię Negev, dowożąc nas do Ejlatu. A kilkanaście minut później byliśmy już na granicy Egiptu.

Następnego dnia, w jednym z synajskich kurortów, opalając się w afrykańskim słońcu i nurkując wśród raf morza czerwonego, miałem przytłaczające wrażenie, że z piekła trafiłem do raju. Tylko że piekłem była Ziemia Święta, a rajem Egipt, biblijny "dom niewoli". Świat bywa dziwny i pełen paradoksów.

 

 

 

Łukasz Czeszumski, Jordania-Izrael-Egipt, 2001

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KONTAKT: lukasz@czeszumski.com

CZESZUMSKI.COM - Łukasz Czeszumski Reporterskie Portfolio. CL Media. Wszelkie prawa zastrzeżone.