Łukasz Czeszumski
MUDŻAHEDIN EMERYTOWANY

 

W Afganistanie nie było większego warlorda, niż Ismael Khan, "Lew Heratu". Jego życie upłynęło na niezliczonych wojnach przeciw ZSRR, talibom i pomniejszym watażkom.

 

Reportaż był publikowany w tygodniku Polityka: numer 27 (2511) z roku 2005.

 


- W Heracie Ismael Khan już nie rządzi - obwieszcza z radością żołnierz na granicy Afganistanu - I dobrze, że go usunęli. Ja jestem z Kabulu, nie lubię wojennych komendantów. Z nimi nigdy nie ma spokoju, tylko jak leje się krew, czują się dobrze.


- Ismael to nasz emir - oświadcza ostrym tonem taksówkarz z Heratu, a po chwili dodaje spokojnym i pewnym siebie tonem - On jest dla nas najlepszym gubernatorem.


Taksówkarz, jak i znaczna część jego krajan mówi o gubernatorze Khanie w czasie teraźniejszym, jakby nie wiedzieli, że ten stracił stanowisko już parę tygodni temu, i to z wielkim hukiem - bo przy okazji były i zamieszki, i strzelaniny, i zabici ludzie. Ale może miejscowi wiedzą swoje. Przecież przez ostatnie ćwierć wieku miasto było w rękach różnych opcji, ale Ismael Khan zawsze prędzej czy później - wracał. Umykał na pustynię, zbierał siły i już był z powrotem, zamykali go w więzieniu, to uciekał, gdy już wracał i wygrywał - to po to, by rządzić. W wyobraźni ludu niczym nieśmiertelny symbol niezależności miasta - brodaty wojownik z karabinem w dłoni, księgą Koranu pod pachą, zawsze gotów do walki. O wolność mojego miasta, mówi sam. O miliony dolarów, pyszny pałac i nieograniczoną władzę, mówią jego wrogowie z kabulskiego rządu.

Legenda Ismaela Khana narodziła się wśród płomieni i śmierci. 25 lat temu, gdy wojna afgańskiego komunistycznego rządu przeciw prowincji wisiała już na włosku, w Heracie oficer armii afgańskiej wraz ze swoimi żołnierzami wstąpił na szlak dżihadu. Przyjął islamskie nome de guerre Ismael Khan. Na pierwszy jego rozkaz wyrżnięty w pień został kontyngent rosyjskich doradców wojskowych stacjonujących w mieście.

Rzeź w Heracie rozsierdziła sowieckiego kolosa. Nadleciały bombowce. W dywanowych bombardowaniach zmieniły Herat w afgańską Hiroshimę. Centrum miasta zostało zgruzowane całkowicie, przedmieścia w blisko 60 procentach. Zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Gdy odleciały samoloty, do prowincji przybył specnaz i czołgi. Zaczęła się wieloletnia wojna o miasto.

 

 

Herat leży na środku pustyni. Stąd do oddalonej o 130 km granicy irańskiej - tylko piach i kamienie. Nie ma gór ani dżungli, by na niedostępnych odludziach ukrywać partyzanckie oddziały. A jednak Rosjanie przez 10 lat wojny nie złamali oporu Ismaela Khana. Duszmani (duchy), jak w slangu rosyjskich żołnierzy nazywało się islamskich partyzantów, kryli się w okopach, ruinach i w podziemnych tunelach. Atakowali w nocy i z zaskoczenia. Niezdobytą fortecą ludzi Khana stały się tereny wokół 5 starożytnych minaretów, okalających drogę wyjazdową z miasta w stronę Iranu. Gęsto zaminowany, pocięty okopami i zwałami gruzów teren wyznaczał granicę terytorium mudżahedinów. Nawet specnaz, który się tu okazyjnie wdzierał, nie był w stanie utrzymać terenu dłużej, niż przez kilkanaście dni. 


Prowincja przez 8 lat walk i represji zmieniła się w morze destrukcji. Radosław Sikorski, który w roku 1987 przedostał się do Heratu wraz z grupą mudżahedinów napisał potem w książce "Prochy Świętych":

"Zagony ryżowe, łąki, pola zboża, niegdyś soczyście zielone - nie istniały. Pola były białe w miejscach, gdzie grunt zmienił się w spieczony słońcem ugór, i czarne tam, gdzie ekspedycje karne spaliły wszystko miotaczami ognia. Cisza była ciszą masowego grobu."


Gdy Rosjanie wycofali się z Afganistanu, Ismael Khan zgodnie z prastarą afgańską tradycją, uznał sie za godnego władania Heratem. Pod jego władzą miasto zaczęło powstawać z ruin. 

Gdy z Kandaharu kilka lat potem wyruszyła krucjata talibów, w Heracie znowu wybuchła wojna. Ismael Khan talibów uznał bowiem za wrogów, przed którymi nigdy nie złoży hołdu.

 


Tym razem fortuna się odwróciła. Po serii bitew toczonych na południu i zachodzie kraju prowincja padła łupem fanatyków w czarnych turbanach, a Khan zmuszony został do ucieczki do Iranu.

Wkrótce odzyskał siły i wrócił do Afganistanu, lecz nie powalczył długo - talibowie pochwycili go żywcem, i skutego kajdanami odwieźli do lochu w Kandaharze. Kolejne 3 lata spędził przykuty łańcuchem do rury w celi. Talibowie próbowali go złamać na wszelkie możliwe sposoby, ale nie odważyli się go zabić. Khan, legendarny bojownik, który dał odpór sowieckiej armii, był zbyt znany i zbyt zasłużony.


W roku 2000 Ismael uciekł z więzienia i powtórnie ukrył się w Iranie. Tam czekał na sposobność, aby wrócić.

Rok później do toczącej się wśród pustyń i gór wojny która nikogo nie obchodziła, wtrącił się wielki świat. 11 września porwane przez terrorystów Al-Kaidy samoloty uderzyły w wieże WTC. Talibowie odmówili wydania goszczącego u nich Osamy bin Ladena. Rozpoczął się atak USA na Afganistan.

Amerykańska armia potrzebowała sojuszników, mających poparcie afgańskich bojowników i znających miejscowe warunki. Kryjący się na wygnaniu komendanci Sojuszu Północnego wracali do Afganistanu wyposażeni w pieniądze, uzbrojenie i poparcie supermocarstwa. Ismael Khan dostał od CIA 3 miliony dolarów w broni i gotówce. Gdy szturmowe śmigłowce USA rozwalały dywizje talibańskich czołgów niczym papierowe zabawki, a komandosi Sił Koalicji oblężali kompleks bunkrów Al-Kaidy w jaskiniach Tora Bora, Ismael Khan odbił Herat.

Taliban został pobity, a prezydent Karzaj zapropnował Khanowi stanowisko ministra w tworzącym się "tymczasowym rządzie". Khan odmówił. "Herat potrzebuje mnie bardziej, niż Kabul" - odpowiedział, i rządził dalej miastem po swojemu. Gdy niemal cały kraj był opanowany przez chaos polityczny i bandytyzm, na ziemiach emira Ismaela działała sprawna i chwalona przez mieszkańców administracja. Herat się bogacił. Źródło jego dochodów to tranzyt handlowy z Iranu i Turkmenistanu, prowadzący przez Herat dawnym szlakiem jedwabnym do Kandaharu. Do miasta nieprzerwanie napływali osiedleńcy. Liczba ludności systematycznie rosła. Odbudowa szła pełną parą, powstały szkoły, szpital, miejskie parki i meczety. Tak szybkiego rozwoju nie zna żadne inne afgańskie miasto.

- Przeprowadziłem się do Heratu z Kabulu - opowiada Alim, właściciel sklepu z częściami samochodowymi, po czym zaczyna wyliczać - Tutaj żyje się łatwiej niż w stolicy, łatwiej o pracę, klienci mają więcej pieniędzy, jest bezpieczniej.


Wszyscy jednak zgadzają się, że Ismael Khan był w Heracie władcą absolutnym. Prowincja to jego emirat, praktycznie niezależny od władzy rządu centralnego. Do dyspozycji Khan miał 30-tysięczną armię. Z taką siłą militarną Khan uspokoił wszystkich miejscowych watażków mających apetyt na jego stanowisko. Gdy założono miejscowe radio, którego audycje nie spodobały się Khanowi, po prostu wysłał policję, która zamknęła rozgłośnię.

 

 

Źródłem jednak największego konfliktu stały się pieniądze. Zyski z herackich ceł i z rogatek drogowych to łakomy kąsek, szacowany przez Le Monde Diplomatique na 50 do 200 milionów dolarów na rok.

Na kurku tych zysków trzymał rękę Ismael, wydzielając wedle uznania na fundusze publiczne i własne. Chętnych do zagarnięcia pieniędzy nigdy nie brakowało, a na czele zawsze stał rząd w Kabulu, rozdrażniony samowolą herackiego wojownika.

- Kabul nie robi nic dla Heratu, więc dlaczego Herat ma wspomagać Kabul? - pytał w odpowiedzi Ismael Khan. Prezydent proponował mu stanowiska w ministerstwach w stolicy, byle tylko oddał miasto.

- Prezydent proponuje mi na przykład stanowisko ministra górnictwa. Jak mogę nim zostać? Jestem wojskowym, a nie inżynierem - bronił się Ismael. I potem, podczas licznie udzielanych wywiadów nie szczędził krytyki wobec Kabulu. Gromił korupcję, zbyt powolną odbudowę kraju, uległość wobec USA.

W roku 2003 na ostre żądania prezydenta Karzaja o "dołożenie się do budżetu", Ismael rzucił 20 mln dolarów. Rząd chciał dwa razy więcej. Ismael udał, że nie słyszy.

 

W roku 2004 gra o Herat nabrała tempa. Polała się pierwsza krew. Rządowy generał Zahir Nayebzad spróbował "zdetronizować" Khana. Nieznani sprawcy rozwalili z bazooki samochód, którym jechał syn Ismaela. Jako minister lotnictwa cywilnego, w istocie był łącznikiem w negocjacjach między swoim ojcem a rządem w Kabulu. Inny zamach - na samego Khana - zakończył się porażką. Żołnierze Khana przez pół dnia toczyli na ulicach walki przeciw armii rządowej. Po obu stronach padło około 100 zabitych. Finalnie armia wycofała się do koszar, a generał Nayebzad uciekł do Kabulu.

Bomba wybuchła na miesiąc przed wyborami powszechnymi w 2004 - pierwszymi demokratycznymi wyborami w Afganistanie. Prezydent Karzaj oficjalnie pozbawił Ismaela Khana funkcji gubernatora. Jego następcą ogłoszono Saida Muhammada Khairkho, do tej pory ambasadora w Iranie i na Ukrainie.

Nikt nie wiedział, jak Ismael zareaguje na tą decyzję. Czy skrzyknie 30 tysięcy swoich mudżahedinów i obwaruje się w Heracie? Czy w ogóle zgodzi się opuścić stanowisko? Czy wplącze do sprawy Iran? Nic takiego się nie stało. Opinia publiczna jeszcze o tym nie wiedziała, ale podczas zakulisowych rozmów Ismael zgodził się "dla dobra kraju i uniknięcia rozlewu krwi" odejść bez walki.

 

 

Atak nadszedł z zupełnie niespodziewanej strony. W obronie emira stanęła... ludność Heratu. Nowy gubernator został powitany w mieście nie kwiatami, a kamieniami. W obstawie setek żołnierzy USA i Armii Narodowej limuzyna Saida Kharkho dotarła do urzędu miejskiego. Skandujący, wściekły tłum zaludnił ulice.

Z życzeniami śmierci dla Karzaja i Ameryki leciały odpadki i ciężkie przedmioty. Ataki na wojsko bezskutecznie próbujące zaprowadzić porządek przypominały obrazki z palestyńskiej intifady. W ciągu tych kilku dni padło 9 zabitych, a co najmniej kilkadziesiąt osób z ranami postrzałowymi skończyło w szpitalu. Po raz pierwszy od oficjalnego zakończenia inwazji armia amerykańsca użyła broni przeciw ludziom. Gdy wobec przemocy ogarniającej miasto w telewizyjnym wystapieniu pojawił się Ismael Khan i poprosił o zaprzestanie walk, zamieszki ustały momentalnie. Kolejnego dnia na ulicach Heratu panowała cisza jak makiem zasiał.

Jedynym świadectwem wydarzeń były rozwalone siedziby agencji ONZ. Demonstranci spalili samochody koktajlami mołotowa, powyrywali drzwi i okna w budynkach, rozkradli wyposażenie, młotami powywalali ściany, a to co zostało - podpalili. Organizacje humanitarne wycofały swoich pracowników z Heratu na długie miesiące.


- Tylko brama została cała - powiedział stróż w byłej siedzibie agencji pomocowej UNAMA.

 


Ismael Khan nigdy nie lubił obcych organizacji humanitarnych. Pytane brzmi, czy posunąłby się do zaispirowania ataków na biura?

- Gdyby Ismael Khan nie chciał tych ataków, nikt nie odważyłby się choćby kopnąć w drzwi ONZ-u - odpowiedział heracki informator.

Według wyników śledztwa, w zamieszkach brał udział głównie element przestępczy, i nie miały one podłoża politycznego, a czysto chuligańskie. Jednak prawda jest taka, że większość ludności Heratu jest niezadowolona z zastąpienia Ismaela Khana nowym gubernatorem. Jeszcze mniej podoba się, że bezpieczeństwa w mieście pilnuje teraz nie armia Khana, a wojska zagraniczne i kabulska policja.

Herat to miasto wyjątkowe jak na warunki afgańskie. Pełne życia ulice, odbudowane z gruzów domy, zadbane parki, ruchliwe targowiska. W tutejszych ludziach jest nadzieja i chęć działania, nie tak jak w zrujnowanym, pełnym żebraków Kabulu. W centrum Heratu wznoszą się mury starożytnej fortecy Arg. Historia fortecy jest symbolem pogmatwanej historii tego rejonu świata.

Kamień węgielny postawił Aleksander Wielki podczas wyprawy na Indie. Przez wieki fortecę rozbudowywali kolejni zdobywcy Heratu. Gazniawidzi, Seldżukowie, Gorydzi, Mongołowie Dżyngis Chana, wojska Temerlaina, Timurydzi, Uzbecy, Persowie. W czasach najnowszych kolejno Rosjanie, Talibowie i mudżahedini Ismaela. Teraz za grubymi murami rozłożył się garnizon wojskowych z Kabulu. Zmarszczone miny, w rękach karabiny, u pasów po kilka noży.

- Przyjechaliśmy, aby zaprowadzić w mieście porządek - oświadcza ich dowódca.

 

 


- Nie obawiam się żadnych nowych zamieszek - stwierdza z całkowitą pewnością siebie gubernator Khairkho - prowodyrzy demonstracji zostali aresztowani i właśnie toczą się ich procesy karne. Porządku w mieście pilnuje wiele grup policji, w razie kłopotów zareaguje 17-a Dywizja Armii. Nie mamy powodów do strachu.

 

 

Pałac Ismaela Khana leży w zacisznej uliczce ("ulicy Ismaela Khana") w śródmieściu Heratu. Wysoki mur, obstawiona uzbrojonymi ochroniarzami brama, zaparkowany przed nią szereg samochodów terenowych. Ismael Khan stoi w otoczeniu dziesiątek swoich komendantów i tłumu interesantów. Niewysoki, ubrany w śnieżnobiałą muzułmańską szatę, witający się ceremonialnie z każdym gościem, nie wygląda na złamanego utratą stanowiska gubernatora. Sympatyczny staruszek z siwą brodą, można pomysleć w pierwszej chwili, dopuki nie spojrzy się w jego oczy - harde, błyszczące niezwykłą inteligencją.

 

 

Jakie ma plany na przyszłość?


- Jako wojskowy, muszę zapewniać bezpieczeństwo ludności Heratu w razie, gdyby było ono zagrożone. Z politycznego punktu widzenia, ustąpiłem władzy nowemu gubernatorowi. Nie zamierzam walczyć. Rząd w Kabulu popełnia wiele błędów, ale wszyscy mamy wspólny cel, którym jest rozwój państwa. Nie wolno tego psuć i walczyć ze sobą.

 

 

- Czy znaczy to, że zamierza pan zrezygnować z polityki?


- Nie posiadam już formalnej władzy. Ale proszę się rozejrzeć, ile osób przyszło tu dziś, aby się ze mną spotkać. Wszyscy przybyli z własnej woli. To pokazuje, kto w tym mieście ma faktyczną władzę, kto ma prawdziwy szacunek ludzi.

Mieszkańcy miasta uwielbiają swojego emira. Ismael Khan ubiera się jak zwykły Afgańczyk, drzwi jego domu są zawsze otwarte dla każdego, kto ma jakikolwiek problem. "On jest dla ludzi jak ojciec" - mówią jego zwolennicy. Nawet przeciwnicy Khana mówią, że darzą go szacunkiem, choć najlepiej, aby odszedł już na zasłużoną emeryturę.


- Niedobrze, aby mudżahedini rządzili krajem - twierdzi jeden z nich, były urzędnik celny - mudżahedini lubią się bić, lubią wojnę - gestem puszcza serię z wyimaginowanego kałasznikowa - Jeśli oni będą u władzy, i każdy z nich będzie chciał mieć swój kawałek Afganistanu, jak ma nastąpić pokój?

30-tysięczna armia Ismaela rozpłynęła się. Były gubernator zachował tylko swoich ochroniarzy.

A jednak, nieustająco herackie meczety, czejhany i targowiska wrzą od szeptanych plotek. Opowiadają one o Ismaelu Khanie, który po kryjomu zbiera ochotników, aby w najmniej spodziewanym momencie jednym uderzeniem opanować miasto i pół kraju.


Ale przecież to by się skończyło wojną domową. Ismael Khan przeciw armii Karzaja i siłom międzynarodowym?


- Nasz Khan nie boi się nikogo - butnie odpowiadają trzej Heratczycy, handlarze ze sklepu z dywanami - ma ludzi w dolinach wokół miasta. Oni tylko czekają.


- To głupie gadanie - komentuje pan Muhammad, który jest w wieku Ismaela i przeżył w Heracie całe swoje życie - Ismael Khan rozumie, że nie może być dwóch Afganistanów - jeden Karzaja, drugi jego. Nie będzie żadnych walk o miasto. W tym kraju wszyscy jesteśmy już zmęczeni wojną.

 


Łukasz Czeszumski, Herat 2005

 

 

Książka Łukasza Czeszumskiego Biały Szlak o wojnach narkotykowych w Ameryce Łacińskiej:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KONTAKT: lukasz@czeszumski.com

CZESZUMSKI.COM - Lukasz Czeszumski Reporterskie Portfolio. CL Media. Wszelkie prawa zastrzeżone.