Łukasz Czeszumski
GUJANA. RAJD WARIATÓW

 

Zapowiadało się, że będzie łatwo.

Na mapie - gruba, biała, prosta jak strzelił wstążka drogi.

Ostatni etap podróży po Ameryce Łacińskiej miał być etapem lekkim, łatwym i przyjemnym. Dystans wynosił 500 kilometrów.

Rzeczywistość przekroczyła najśmielsze wyobrażenia.

 

 

Dzień pierwszy, 12:00


Paulo wślizguje się do hotelu, i zmierza dokądś długim hollem. Zastaje mnie na swojej drodze, rozwalonego na kanapie, pod wentylatorem, przeglądającego najnowszy numer jakiegos pisma.

- Witam, witam! - cieszy się Paulo na mój widok - słuchaj, mam jedno miejsce w samochodzie, który tej nocy dojedzie do Georgetown.

- Mam zamówione na jutro miejsce w ciężarówce - odpowiadam, ziewając - wczoraj przyjechałem z Brazylii, i chciałbym sobie odpocząć.

- Daj spokój, wsiadasz w mój wozik, i pędzimy. 6-7 godzin i jesteśmy w stolicy. Tam sobie odpoczniesz, ile dusza zapragnie.

- Może i tak, ale facet od ciężarówki bierze 6 tysięcy. A ty ile kasujesz?

- 10 tysięcy.

- No to chyba byś mi zaproponował jakąś zniżkę, jakbym zmienił plany, prawda?

- Jasne. Wezmę cię za 9 tysięcy.

- No tak, ale ciężarówką to ja pojadę za 6 tysięcy.

- Ale będziesz musiał płacić za hotel i jedzenie do jutra.

- O, to są grosze. Za 6 tysięcy pojechałbym z tobą.

- Niech ci będzie 8 tysięcy.

- Ale ja naprawdę bym chciał sobie tu odpocząć, zanim ruszę do Georgetown.

- A niech ci będzie te 6 tysięcy, muszę miejsce zapełnić. Mam jeszcze paru pasażerów, no i jest mój wspólnik John, Gujańczyk. Za godzinę ruszamy. O świcie będziemy w Georgetown.

No i się zgodziłem. I uwierzyłem w rzucane przez Brazylijczyka zdania - "Za 6-7-8 godzin będziemy w Georgetown", "O świcie najpóźniej w Georgetown", "Do Georgetown tanio i z dostawą do hotelu gratis".

Nie wiedziałem, że czeka nas piekielny rajd przez setki kilometrów błota, przez malaryczną dżunglę, w zatłoczonym do granic możliwości i psującym się minibusie, którego kierowcami było dwóch szaleńców.

 

 

Wyobrażałem sobie, jak zasuwamy po szerokiej, asfaltowej szosie prosto do stolicy. W 7 godzin przez całą republikę Gujany. Spokojnie, bezstresowo i komfortowo, Paulo ze swoim czarnoskórym przyjacielem dowożą nas na miejsce. I z dostawą do wybranego hotelu oczywiście gratis. No bo czy często się zdarza, że firma przewozowa oferuje dowóz do hotelu w ramach promocji? Zapytajcie w PKS. Ciekawe, co wam odpowiedzą.

Busik marki Wolksvagen jest nieco poobijany i poklejony, i brakuje tablicy rejestracyjnej. To znaczy tablica jest, ale w 2 kawałkach. Pierwszy znajduje się tam, gdzie trzeba - pod zderzakiem, a drugi tam gdzie nie wiem czy trzeba - w schowku na rękawiczki. Ale co tam, jeździło się pojazdami w gorszym stanie. Zaciekawił mnie rząd 6-u pełnych kanistrów zamocowanych do bagażnika na dachu. Paulo wyjaśnia, że dopiero po 300 czy 350 kilometrach jest najbliższa stacja. Wpakowuję plecak do bagażnika z tyłu, i zajmuję miejsce w środku.

 

 

13:30

 

Paulo zapuszcza silnik, wykrzykuje radośnie:

- NO TO JAZDA!

I ruszamy. Ucieszyłem się, że mamy tylko 3 pasażerów - kobietę z 2 córeczkami, i jest tyle wolnego miejsca.

Moja radość ulega zduszeniu, gdy na obrzeżach Lethem zatrzymujemy się, aby wsiedli pozostali pasażerowie. Czeka ich cały tłum. To nie może być prawda, myślę, 2/3 co najmniej z tych ludzi to muszą być członkowie rodzin, żegnający swoich najbliższych. Oczywiście mylę się. Wszyscy są pasażerami.

I zaczyna się dzielenie miejsc, rozlokowywanie, rozsadzanie, i upychanie. Na bagażnik Wolksvagena wchodzi góra bagażu wielka jak Kilimandżaro, a do środka - 14 osób. W środku, ściśnięci jak w puszce z sardynkami, nie ma już miejsca dla wspólnika Paulo. Murzyn więc wspina się na dach, i jedzie tam, uczepiony bagaży.

Jedziemy. Co jakiś czas zatrzymujemy się, Paulo wystawia głowę przez okno, i krzyczy:

- Jesteś?

- Jestem! - odpowiada głos z góry.

- To trzymaj się, bo jedziemy dalej.

I jedziemy.

 

 

16:00

 

Jedziemy raźno na północ. Szutrowa, dziurawa droga wiedzie przez niekończące się sawanny, porośnięte suchymi krzewami, i odległe pejzaże zielonych gór. Po prostu "Pożegnanie z Afryką" na żywo. Brakuje tylko tych śmiesznych gości w idiotycznych, korkowych hełmach. Safari nie brakuje, bo mamy je w środku busa.

Ludzie siedzą ściśnięci jak sardynki, a Paulo puszcza wesołą muzyczkę, i pomaga piosenkarzowi swoim straszliwym głosem. Sielanka przerywana jest krótkimi postojami, kiedy Paulo krzyczy przez okno:

- Jesteś?

- Jestem.

 

 

17:00 czasu ACKT (Albo Coś Koło Tego)


Nagle ŁUBUDU!!!!

Samochód skoczył jak zając, głowy pasażerów zgodnie i boleśnie grzmotnęły o dach, i silnik umilkł. Muzyczka też się uciszyła.

Paulo wyskakuje na zewnątrz, pasażerowie wysypują się jego śladem.

Nabiliśmy się podwoziem na głaz, wystający z samego środka drogi. Odpadła jakaś gruba sztaba z podwozia, a prawe przednie koło skręciło się w bok, podczas gdy jego kolega - koło z prawej pozostało proste.

- Dobra. Naprawiamy - mówi przytomnie Gujańczyk - Ty Paulo podwozie, ja koło.

 

 

17:30


Murzyn rozkręca koło. Paulo chwyta wygiętą w wypadku sztabę, niesie gdzieś. 20 metrów dalej opiera sztabę o duży kamień, łapie w ręce inny kamień, unosi go nad głowę, i rzuca z rozmachu w sztabę. Chce ją tym sposobem wygiąć do pierwotnego kształtu.

ŁUP!!!

Paulo podnosi sztabę z niedowierzaniem. Teraz żelastwo jest wygięte podwójnie, w kształcie mniej więcej litery S.

- Ale narobiłem - mówi Paulo. I wybucha śmiechem.

 

 

 

17:45


Zapada zmrok. Wokół dżungla, gęsta, mroczna. Dobiegają z niej tajemnicze odgłosy. Chmary głodnych komarów zjawiają się znikąd, kąsają. Podobno malaryczny komar tym się różni od zwykłego, że bardziej się nachyla do siorbania krwi. A może właśnie odwrotnie, to zwykły się nachyla, a malaryczny nie? Zresztą w ciemności jak wiedzieć, czy się komar nachyla czy nie nachyla, w ogóle jak któregoś zobaczę to go nie oglądam, tylko zabijam sukinsyna.

 

 

18:00


Murzyn rozkręca koło. Paulo prostuje sztabę młotkując ją kamieniem.

Pasażerowie obserwują te poczynania w milczeniu, ich ręce tłuką bzykające paskudztwo.

 

 

18:25


Sztaba naprostowana, koło przykręcone. Jedziemy dalej.

Muzyczka znowu gra, ale Paulo już nie śpiewa. Jest zmęczony i głodny. Powiadają - jak Polak głodny, to zły. Chyba Paulo ma w sobie polską krew, bo jest zły jak cholera.

Jedziemy przez czarny tunel dżungli. Straszno, bezludzie. Busik przedziera się przez mroczną krainę. Nie ma osad, nie ma świateł, nie ma drogowskazów (po co zresztą, droga jest tylko jedna), nie ma innych samochodów.

Nie jedziemy do żadnego Georgetown, a do jądra ciemności. Wciągnęła nas czarna dziura. Co z nami będzie?

 

 

19:00


Nie, nic się z nami jak na razie nie stało. Po prostu Gujańczyk wymienił Brazylijczyka za kółkiem, a Paulo poszedł na dach.

 

 

22:00


Cywilizacja. Dotarliśmy do cywilizacji. Do przydrożnego zajazdu. Jest zajazd, są 4 chaty niedaleko, świeci się szyld. A za zajazdem i chatami znowu zaczyna się to samo - setki kilometrów wyboistego szlaku przez dżunglę

Siłą rzeczy zatrzymujemy się.

- Tu przenocujemy - oświadcza Paulo.

- Przecież mieliśmy jechać do Georgetown przez całą noc - mówię

- Tak, ale awaria nas opóźniła. Teraz już nie przejedziemy rzeki, która jest 2 godziny dalej. Można ją przejechać tylko w dzień. Musimy czekać do świtu.

 

 

 

Jestem zmęczony, nie rozumiem niczego z tego bełkotu. Jakaś rzeka przed nami, rzeka którą trzeba przejechać, ale jest noc, a w nocy się nie da. Oczywiście. Już nie pytam, czy nie ma mostu, albo czy może most jest, ale zwijają go na noc do magazynu, bo jakby zostawili, to ktoś by ukradł. Jest jak jest, trzeba zaufać Paulo.

Wysiadamy, gromadnie idziemy do zajazdu. Przepychamy się do wejścia pomiędzy hamakami drzemiących Gujańczyków.

- Naszykuj nam słonko porządny obiad! - dysponuje Paulo kelnerce.

 

22:10


Obiady znikają z talerzy. Paulo i jego wspólnik umiejscowili się przy honorowym stole, i szuflują widelcami. Skończyli. Wołają o jeszcze.

 

22:15


Zjedzone, zapłacone. Paulo z Gujańczykiem pożarli dokładki. Odstawiają talerze, zadowoleni, klepią się po brzuchach.

- To wszystko? - pyta marudzącym głosem kelnerka.

- Co za pomysł! - dziwi się Paulo - A piwo? A piwo Banks?!

W Gujanie produkuje się jedną markę piwa. Ma rzadko spotykaną pojemność 260ml i obraźliwy dla co poniektórych współczynnik 4,3 w skali procenta. Na etykiecie i kapslu ma obrazek żaglowca. Piwo to nazywa się Banks. Od razu mi się to nie spodobało, bo nazwa ta kojarzy mi się z bankiem, a bank nie kojarzy mi się z piciem. Poza takimi mankamentami jak pojemność, procentaż i nazwa piwo Banks jest całkiem niezłe.

 

22:40


Paulo i jego wspólnik zamawiają po trzecim Banksie. W świetnym nastroju stukają się butelkami i żłopią dalej.

Do wesołego towarzystwa dołącza najpierw pierwszy pasażer, potem drugi pasażer, czyli nieskromnie mówiąc ja, i trzeci pasażer. Pozostali: Kobiety, dzieci oraz mężowie udali się na spoczynek.

 

23:20


Wynikł problem. Na stole brak miejsca na więcej butelek po Banksie. Paulo wynajduje na to sposób. Od teraz opróżnione butelki układamy pod stołem. Ten Paulo to ma głowę. Z nim to nie tylko przez Gujanę, ale i na koniec świata.


23:50


Paulo mówi do Johna:
- Załatwiłbyś jakieś rodaczki do towarzystwa.

Murzyn krzywi się na ten pomysł, popija piwo, krzywi się znowu, znowu popija, krzywi się...

- No, jak będzie - nalega Paulo.

John opróżnia butelkę Banksa trzema łykami, odstawia ją pod stół, i mówi:

- Pójdę się rozejrzeć.

Wstaje i wychodzi z knajpy.

 

23:55


John wraca, siada, łapie za nowe piwo, i odkapslowuje je.

- I co? - pyta Paulo.

Myślę sobie - teraz John będzie łykał, krzywił się, łykał, krzywił się itd. zanim coś powie, ale nic z tych rzeczy. John oświadcza głośno i wyraźnie:

- W tej osadzie nie ma żadnej... Wiecie, żadnej kobiety w tym stylu.

- No, to jeszcze po jednym - decyduje Brazylijczyk.

 

00:15


John zaczyna przysypiać. Całe towarzystwo jest osowiałe, zmęczone, i śpiące.

Paulo wstaje i krzyczy:

- No to wstawać, jedziemy dalej!

- A rzeka? - pytam zdziwiony.

- Co tam rzeka - odpowiada - najpierw do niej trzeba dojechać.

Pospiesznie rozespane towarzystwo upakowuje się w Wolksvagenie. Paulo zapuszcza silnik. Jest pijany jak świnia. Ruszamy. Wolę na to nie patrzeć. Opieram głowę o rękę a rękę łokciem o przedni fotel i zasypiam.

 

1:20


Budzą mnie hałasy i krzyki. Jezu, katastrofa!

Nie, to tylko Paulo i John się pokłócili, który z nich jest lepszym kierowcą.

- Sugerujesz, że nie potrafię prowadzić po pijanemu?

- Ty nie potrafisz jeździć nawet na trzeźwo! Kto wjechał na kamień i rozwalił podwozie i koło?

- Kamienia nie dało się zobaczyć, durniu! Zawsze jeżdżę ostrożnie i z uwagą!

- Złaź z fotela, jesteś za stary na prowadzenie po ciemku!

- Nigdy!

- No to nie.

Zastygli w gniewnym milczeniu. Ale było wreszcie cicho, więc mogłem na powrót zasnąć.

 

1:21


Ale nie zasnąłem. Nagle skojarzyłem kilka faktów.

Fakt 1: Paulo jest w środku pojazdu. Fakt 2: John też jest w środku. Fakt 3: Nikt nie jedzie na dachu. Biorąc pod uwagę, że trudno, aby po wizycie w knajpie drastycznie schudnąć, jakim sposobem się mieścimy?

- Zwolniło się miejsce? - pytam

- Czasem się ktoś zawieruszy po drodze - wzrusza ramionami John - i całe szczęście, przynajmniej jest gdzie siedzieć.

 

2:00


Koniec drogi. Przed nami rzeka, szeroka jak Wisła. Paulo ma dla nas 2 wiadomości - dobrą, i złą. Dobra jest taka, że dojechaliśmy do rzeki i wciąż żyjemy. Zła jest taka, że żeby dostać się na drugi brzeg musimy czekać na prom. Pierwszy prom będzie o świcie.

Wysiadamy, prostujemy kości. Na kawałku grząskiej plaży stoi już kilka ciężarówek. Ich kierowcy śpią w szoferkach. A wokół - rzeka, dżungla, niebo, i komary. Słowem bardzo romantycznie.

 

2:05:


Paulo, jak każdy szanujący się Brazylijczyk w podróży, ma ze sobą hamak. Wyciąga go ze schowka, rozpina między wolksvagenem, a najbliższą ciężarówką. Kładzie się ostrożnie, linka przyczepiona do ciężarówki puszcza, i Paulo ląduje na ziemi. Prychając gniewnie próbuje na powrót przyczepić hamak, ale nic mu z tego nie wychodzi. Zrezygnowany, rozpościera hamak na ziemi, i kładzie się na nim.

Pozostali położyli się spać, gdzie popadnie. Komary nas kłują, jest chłodno i śmierdzi. Położyłem się na podłodze w samochodzie. Wolałem ciasnotę niż rano obudzić się i stwierdzić, że John z Paulem mnie "zapomnieli" i pojechali dalej.

 

6:20:


Nadszedł świt. Co ważniejsze, zjawił się też prom - wielka platforma z drewna, której napędem była przywiązana z prawej burty łódka z 25-konnym silnikiem Yamahy.

Prom wbrew prawom natury nie utonął w swoim rejsie na drugi brzeg, i z ulgą wyjechaliśmy na dalszy ciąg drogi. I wtedy się zaczęło.

 

6:25:


Nasza dalsza droga to jedno wielkie morze błota. Camel Trophy by tu można puszczać, a nie spokojnych ludzi w starym busiku marki Wolksvagen. Paulo jednak nie opuszcza zimna krew, i na pierwszym biegu jakoś się przedzieramy do przodu, ślizgając i utykając co chwilę.

 

 

- Paulo, czy to naprawdę jedyna droga, prowadząca z Lethem do stolicy? -pytam.

- Ciesz się, że w ogóle ją zbudowali. Do Wenezueli w ogóle nie da się przejechać.

- Jak to? - protestuje John - jest jakaś droga do Wenezueli. Tylko to długa i ciężka droga.

- Pierwszy raz słyszę o drodze do Wenezueli. A znasz kogoś, kto nią jechał?

- No...Nie znam. Ale o drodze słyszałem.

W końcu dzieje się to, co musiało się stać. Zakopujemy się. Jedna z ciężarówek bierze nad na hol i wyciąga z bagna, lecz zaraz znowu się zakopaliśmy.

- OK, wszyscy wysiadać, trzeba odciążyć samochód!

Wysiadamy bez szemrania, po kostki w błoto.

 

 

Ciężarówka znowu wywleka busa z matni, pasażerowie wsiadają z powrotem, i nim mija 10 sekund jazdy, problem się powtarza. Za piątym razem Paulo wykrzykuje:

- Przecież tak nie można jechać! Pasażerowie niech idą brzegiem drogi dalej, i zaczekają, aż dojedziemy. No, raz, dwa, osiem!

 

6:50:


My - nieszczęsni pasażerowie idziemy z tobołkami przed siebie, niczym uchodźcy z wojen bałkańskich. Idziemy przez błoto i dżunglę, i krzaki, i piach. Nie idziemy po drodze, bo środek drogi to jezioro. Chmm... Chyba firma przewozowa zwróci nam za kilometry, które sami przeszliśmy? Jasne. Zapytaj prezesa firmy - Paulo, albo, jeśli przypadkiem akurat jest na business-lunchu, jego zastępcę Johna.

- Wygodniej się jeździ przez Gujanę Francuską - narzeka jeden z pasażerów - na tamtej drodze nie ma tyle błota.

- Ile kosztuje autobus?

- Nie wiem, tam chyba jeszcze nie ma autobusu. Trzeba iść na piechotę. 70 kilometrów, o ile się nie mylę.

 

7:20:


Błota się skończyły. Znowu jedziemy busem, znowu muzyka gra, a Paulo pomaga piosenkarzowi pijackim barytonem.

- No! - cieszy się - jak pójdzie OK i nas nie aresztują, to na wieczór będziemy w Georgetown!

Aresztują? No to ładne klocki. Nawet nie pytam, o co chodzi.

 

12:45:


Skończyła się dżungla. Jesteśmy w rejonie bardziej suchym. Droga jest szeroka i gliniasta. Zasuwamy naprzód, ile silnik da radę. Za nami chmura pyłu na setki metrów. Camel Trophy już był, teraz mamy Paryż - Dakar. Nic mnie już nie zdziwi.

Paulo wyłącza muzykę, i dociskuje gaz do deski.

Jak tak dalej pójdzie, to zaraz naciśnie czerwony guzik, i osiągniemy prędkość światła. A potem rozpadniemy się na kawałki. I tak się skończy cała eskapada.

 

14:00:


Pod kołami pojawił się asfalt. Jedziemy już wolniej, bo wraz z asfaltem zaczęły się patrole drogówki.

 

15:00:


Jakaś mieścina. Linden. Nieciekawe domki, ludzi wcale nie widać. No, ale trafiła się stacja benzynowa. Tankujemy, i jedziemy dalej.

 

15:05:


Tuż za miastem zatrzymuje nas policja. Cała grupa, z karabinami. Zatrzymują i przeszukują wszystkie samochody.

- Proszę przygotować się do rewizji - mówi szef gliniarzy.

Paulo podchodzi do niego i podaje prawo jazdy i 30 dolarów amerykańskich estetycznie wsunięte w dokument. Pieniądze idą do kieszeni, prawo jazdy wraca do Paulo.

- OK, sir driver, proszę jechać dalej - grzmi policjant urzędowym tonem, bo pewnie opłata za zaniechanie przeszukania to jedno, a za miłe słowa trzeba dopłacić - utrzymywać odpowiednią prędkość i uważać na pieszych.

Jedziemy dalej. Gazem.

 

 

16:00:


Georgetown. Koniec rajdu. Koniec męczarni. Wszyscy serdecznie się żegnamy, i czym prędzej rozchodzimy w swoich kierunkach. Paulo i John liczą swój zarobek na kalkulatorze, palcach, i wyrywając sobie z rąk pliki dolarów Gujany.

- Znowu gówno zarobiliśmy.

- To przez tych cholernych gliniarzy. Dobra, chodźmy coś zjeść.

- Dokąd?

- Dziś piątek. "Szeryf" otwarty.

I poszli.

 

 

18:30, Georgetown:


Do hotelu dojeżdżam taksówką, na własny koszt. W pokoju z niedowierzaniem przyglądam się swojemu odbiciu w lustrze. Moje włosy są pomarańczowe! Farbowanie pustynnym pyłem było widać wliczone w cenę.

Tymczasem jestem w Georgetown. Georgetown, czytaj na końcu świata. No może nie aż na końcu, bo na pewno bliżej, niż 28 godzin wcześniej. Co jednak gorsza, nie było łatwo się stąd wydostać na inne kontynenty. Jedyna możliwość to samolot. Niestety, Gujanę obsługują tylko jedne linie lotnicze. Państwowe linie lotnicze Trynidadu i Tobago. Ceny lotów do Europy w tej linii są wręcz nieprawdopodobne.

Wieczorem mam kryzys psychiczny, w którym tkwiąc urajam sobie, że grozi mi pozostanie w tym mieście na zawsze.

Ale to już inna historia...

 

Łukasz Czeszumski, Gujana 2003

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KONTAKT: lukasz@czeszumski.com

CZESZUMSKI.COM - Łukasz Czeszumski Reporterskie Portfolio, CL Media. Wszelkie prawa zastrzeżone.