Łukasz Czeszumski
RYTMY COMPTON

 

"Tak, bo muzyka muzyką, a życie życiem.

Kryminał jest prawdziwym rytmem tych ulic."

 

Hodari jest z Compton. Zbudowany jak czołg, porusza się z gracją człowieka który wie, czego chce. Przeżył pełną gangsterską karierę: od dziecka udział w ulicznym gangu, handel narkotykami, strzelaniny, szalone imprezy, zarabianie milionów, a na końcu - aresztowanie i wysoki wyrok.

Wyszedł z więzienia po dziesięciu latach.


Dziś ma w sobie spokój człowieka, który przeżył wiele. Ma też poukładane życie rodzinne, dom w dobrej dzielnicy i prowadzi małą firmę. Zmienił swoje życie, ale nie wstydzi się przeszłości.

Kiedy wpada w nostalgiczny nastrój, wsiada w samochód i jedzie w trasę przez Watts, Jungles, South Central aż do Compton. Widok tamtych ulic wywołuje stare wspomnienia. Raperzy składali o tych sprawach rymy, które potem dały im sławę w świecie. Znowu przeżywa, tylko że w wyobraźni, te szaleństwa i dawne podniety, widoki przyjaciół z którymi chodził po tych ulicach, a którzy już dawno bezsensownie zginęli. To życie, o którym nie da się zapomnieć. Dlatego właśnie te powroty do dzielnicy, gdzie spędził młodość, dały mu pomysł na nowe zajęcie.

Bo gdy Hodari wychodził na zwolnienie warunkowe, kurator powiedział mu:

- Teraz musisz znaleźć pracę. Inaczej wrócisz za kraty.


Dziwne - pomyślał Hodari - nigdy nie pracowałem. Nie wiem nawet, jak napisać CV.


- A czy mogę otworzyć własny biznes? - zapytał.


- O ile będzie legalny, to tak - powiedział kurator.


Taki był początek "Hiphopowych wycieczek po Los Angeles". Najdziwniejszego biura podróży na świecie. Hodari oferuje zrozumienie kryminalnego światka Los Angeles. Każdy słyszał o Hollywood, każdy wyobraża sobie wille gwiazd, widział transmisje z wręczania Oscarów, blisko do wyobrażenia że "wielka pomarańcza" L.A. to miasto willi z basenami. Ale w tym mieście rzeczywistość jest o wiele bardziej ponura. Życie gwiazdorów i gwiazdeczek to tylko lukier na cieście.

Mieszkańcy wszystkich porządnych, dobrze strzeżonych dzielnic (których też jest tu sporo, chociaż lokum w nich dużo kosztuje) mają w głowach mapę miasta - z dzielnicami, które trzeba omijać, aby nie ryzykować życia. Ci, którzy harują w pocie czoła aby posiąść luksus życia w normalnej okolicy mówią o tych dzielnicach "gang infested" - zainfekowane gangami.


Hollywood, Beverly Hills - te słowa wywołują skojarzenia ze światem luksusu i bogactwa. I takie są, ale to kropki na wielkiej planszy. Mało znane są takie fakty, jak badania z których wynikło, że wśród dzieci z południowych dzielnic Los Angeles jest wyższy wskaźnik stresu bojowego, niż wśród dzieci w Bagdadzie. Albo statystyki mówiące, że wskaźnik zabójstw w mieście przez wiele lat przewyższał statystyki prawdziwych stref wojny.

Te czasy to późne lata osiemdziesiąte, które nazwano "epidemią cracku".

 

 

 

 

Opowiada o tym RAP


Silnik potężnego forda mruczy, gdy nabieramy prędkości. Zjeżdżamy z ulic Wschodniego Hollywood na autostradę interstate 110, idącą na południe. W odtwarzaczu gra "California Love" Tupaca.


- Rodzisz się w biednym przedmieściu takim jak Compton, South Central czy Watts - opowiada Hodari - I wiesz, że wysoko nie podskoczysz. Po podstawówce w getcie nie dostaniesz się do porządnej szkoły, nie dostaniesz się na studia. Wszędzie wkoło siebie widzisz biedę i topienie smutku w dragach. Największy wpływ na twoje postrzeganie świata ma wszechobecna przemoc. Dorastasz w dzielnicy, w której idąc codziennie do szkoły przechodzisz granice gangów. Na każdym takim rogu stoi banda agresywnych kolesi. Nie ma dnia, by nie rzucili jakiejś zaczepki, lub nie spróbowali wyciągać pieniędzy. Wyczuwają twój strach tak samo, jak wyczuwa go agresywny pies. Okaż, że się boisz, i już cię mają. Dlatego aby tu przeżyć, od pierwszych lat życia musisz stać się człowiekiem nieustraszonym. To się nazywa "wychowanie na ulicy". Wyjście do sklepu po cukierki - niebezpieczna wyprawa. Powrót z życiem ze szkoły - nigdy nie wiesz, czy się uda.

Dorastałem w świecie, w którym wielu ludzi straciło życie robiąc zwykłe rzeczy: wychodząc z domu aby wyrzucić śmieci, albo idąc do sklepu po bułki.

 

 


Wyobraź to sobie: Mieszkasz w jednej dzielnicy. Spróbuj wejść do dzielnicy obok i zawsze stoją tam goście z miejscowego gangu i zadają pytanie:

- Skąd jesteś?

Mówisz: "A, mieszkam tam i tam".

Oni odpowiadają: "Tam mieszkasz? No, to musisz być z "Trzydziestki". Albo z Czerwonych, albo z Zielonych.

Odpowiadasz: "O nie gościu, ja nie łażę w gangu".

Ale oni mają to gdzieś, czy należysz do gangu, czy nie. Jesteś z wrogiej dzielnicy, więc jesteś ich wrogiem i tak cię traktują. Zawsze możesz oberwać. Dlatego gdy moje dzieci dorastały, wyprowadziłem rodzinę z Compton - moja dorastająca córeczka widziała już zbyt wiele trupów na ulicach.


Byłeś tylko dzieckiem, a nie mogłeś okazywać cienia strachu. Nie mogłeś iść do szkoły bojąc się tego, co może stać się po drodze. Aby przetrwać, musiałeś wychodzić, myśląc - mam to gdzieś! Nie boję się, idę do szkoły, idę do sklepu. Idę załatwiać moje sprawy, a was mam gdzieś.

Jesteś trochę starszy i stwierdzasz - mam broń, wy macie broń, to grajmy w tą grę!

Pewnego dnia znika twój strach. Zamiast bać się, po prostu wychodzisz z domu i odczuwasz tylko wściekłość, ona prowadzi cię naprzód. I wtedy stajesz się człowiekiem getta. Żyjesz tym życiem, słuchasz tej muzyki, to wszystko to jest twój świat, twój rytm.


Jasne, że z tego sposobu myślenia narodził się gangsta rap. Ten styl życia przeszedł w świat muzyki. I to dzięki muzyce ludzie na świecie usłyszeli o naszych gettach.


Zjazd z autostrady. Naszym celem jest miejsce, w którym Hodari urodził się i wychował. Compton to jedno z kilkudziesięciu miast satelickich Los Angeles. W Stanach nieoficjalnie (i niezgodnie z poprawnością polityczną) nazywa się takie miejsca "getto". Praktycznie wygląda to tak - w gettach panuje wysoka przestępczość, a osoby spoza getta starają się w te rejony nie zapuszczać.


Na początku lat 80. Compton i sąsiednie South Central stały się sławne - jako największa strefa wojen gangów w Stanach Zjednoczonych. Równocześnie w świat szły przeboje rap, których początkowo nikt nie brał na poważnie. Bo jak brać na poważnie piosenki opowiadające o strzelaniu do policjantów, o mieście którego ulice są jak front na wojnie, o rabowaniu banków i robieniu milionów na handlu narkotykami? Hiphopowi wyjadacze z wschodniego wybrzeża USA sądzili początkowo, że to tylko umyślne szokowanie, aby sprzedać więcej płyt.


- Pierwszą grupą-legendą Compton było N.W.A. - tłumaczy Hodari - Ich przesłanie było proste i mocne: sprzedajemy trawkę, łazimy w gangach, nazywamy kobiety dziwkami, gonimy się z policją. Robimy to, to jest nasze życie. Wiesz, jaki to był szok w tamtych czasach? Nikt do tej pory nie tworzył takiej muzyki w Ameryce. Oni nigdy nie spodziewali się, że ich muzyka będzie zrozumiana i sprzedana gdziekolwiek poza wąskim gronem zainteresowanych. Nikt nie wiedział, co dzieje się w mieście takim jak Compton, dopóki grupa N.W.A. nie zaczęła o tym rapować. A gdy już zaczęli, ludzie się zastanowili - hej do diabła, co to ma być? Oni chyba żartują, nie mogą tak żyć, nie mogą robić tych rzeczy!

 

Legendarny klip N.W.A. "Straight Outta Compton"

 

 

 


 

Compton to miasto liczące ok. 90 tys. mieszkańców. Jednocześnie to miasto wydało na świat chyba największą ilość raperów na świecie per capita. Grupa N.W.A., Dr Dre, Essy, DJ Quick, Coolio, wreszcie legendarny Tupac to tylko niektórzy z klasyków rapu, którzy wyrastali na tych ulicach.


- Bo jeśli rodziłeś się tu i przetrwałeś, wszystko dookoła było inspiracją, aby tworzyć rap - rzuca Hodari.

 

 

Egzaminy na bandytę


- I tu dochodzimy do tematu gangsta - kontynuuje Hodari. - Tak, bo muzyka muzyką, a życie życiem. Kryminał jest prawdziwym rytmem tych ulic. No więc pochodzisz z którejś części East Side, z rejonu miasta, gdzie ludzie nie mają ni cholera niczego, mieszkają w projektach (blokach mieszkalnych sponsorowanych przez rząd), klepią biedę, i nie mają żadnych widoków na przyszłość. I od gówniarza widzisz co się dzieje, widzisz tych wszystkich dilerów narkotykowych, którzy jeżdżą najlepszymi samochodami, mają najlepsze ciuchy, najładniejsze dziewczyny, obwieszeni biżuterią, z kieszeniami pełnymi forsy. I też byś tak chciał. Ale jeśli chcesz mieć to co oni, musisz się do nich dołączyć.

Musisz sam zostać gangsterem.


Nikt nikogo nie bierze na siłę do gangu. Sam trzęsiesz się, żeby cię wzięli. Bo chcesz te samochody, chcesz złoto, chcesz dziewczyny, chcesz pieniądze. I musisz chcieć tego wystarczająco mocno, aby być gotowy oddać za to życie lub wolność.

 

Crips i Bloods - dwa największe gangi pochodzące z Los Angeles, toczące ze sobą odwieczną wojnę. Obie te organizacje liczą ok. 50 tysięcy aktywnych członków. Ich główna działalność to handel narkotykami. Przynależność oznaczana jest szeregiem określonych tatuaży, używanych gestów, symboli w ubiorze, oraz używanego slangu.
W ostatnich latach gwałtownie rośnie znaczenie gangów latynoskich.

 

- Oczywiście wiesz, że są dzielnice, w których to lekarze i prawnicy są symbolem statusu, albo gdzie dorastające dzieciaki chcą zostać policjantami czy strażakami. Ale w tej dzielnicy od dziecka jesteś inaczej uformowany. Tutaj gangsterzy są bohaterami społeczeństwa i postaciami, na które się inspirujesz jako dzieciak.

 

- Dziwić się? Przecież gang to same zalety. Będziesz chroniony, będziesz robił pieniądze, będziesz miał fajne życie. Każdy gang, szczególnie te większe, robią miliony dolarów. Chcesz być tego częścią tak samo, jak absolwent Harvarda chce pracować dla wielkiej, bogatej korporacji!


Nie biorą każdego patafiana, musisz udowodnić, że podołasz tej robocie. Więc na początku musisz pokazać, że masz serce i silną wolę, aby być częścią tej grupy. Oto, jak wygląda przykładowy egzamin:

Stajesz do walki, a na ciebie idzie sześciu czy siedmiu mocnych chłopaków. Atakują wszyscy jednocześnie, leją bez litości. Musisz się bronić i to tak, aby jeszcze uszkodzić paru z nich. A oni będą bili i kopali, i nie wybaczą jeśli się poddasz i zaczniesz skomleć, bo to oznacza, że nie nadajesz się do tej roboty. Musisz pokazać, że jesteś w stanie zmierzyć się z kimkolwiek. Że nie pękasz. Być może będziesz miał zwichniętą szczękę albo połamane ręce. Jeśli pokażesz, że mimo to masz serce, aby walczyć dalej, zdajesz.


Drugi egzamin zaliczasz przy pierwszej akcji, do której cię zabierają. Przychodzi gość i mówi:


- Słuchajcie, te kutasy z sąsiedniej dzielnicy wczoraj najechały nasz teren, zrobili drive-by, ostrzelali kilka domów, mały Pookie zginął. Teraz musimy im zrobić wyrównanie. I będziesz jednym z gości, który na to wyrównanie pojedzie. I teraz musisz pokazać, że jesteś gotowy, aby uczestniczyć w strzelaninie. Gotowy, aby dokonać morderstwa.

 

Drive-by: najpopularniejsza taktyka ataku używana przez amerykańskie gangi. Polega na podjechaniu do celu samochodem i ostrzelaniu go, najczęściej z broni automatycznej. Po strzelaninie następuje szybka ucieczka. W wyniku drive-by zginął np. znany raper Tupac Shakur. Nigdy nie udało się schwytać sprawcy tego morderstwa.

 

Więc jedziesz na akcję. I jeśli spełnisz te wszystkie wymogi - Hodari ścisza uroczyście głos. - no, to jesteś w gangu. I teraz trzeba zrozumieć jedną rzecz związaną z tymi słynnymi raperami, którzy ogłaszali, że byli w gangach, mimo że nigdy w nich nie byli. Chwalili się, aby robić wrażenie na gówniarzach, którzy byli ich fanami, aby wcisnąć im więcej płyt. To obraźliwe dla prawdziwych gangsterów widzieć tych cwaniaczków w telewizji chwalących się, że należą do gangu, że znają to życie, że je wiedli. I ci goście, ci telewizyjni raperzy nie mają nawet prawa wejść do tej dzielnicy. Za to kłamstwo, że mówią że są kimś, kim nie są. I nigdy nie byli.

 

Hodari z córeczką, lata 90.

 

 


Era cracku

 

Crack - nazywany najbardziej uzależniającą formą kokainy. Pali się go przez fajkę lub w formie skręta, narkotyk przez pęcherzyki płucne trafia błyskawicznie do krwioobiegu. Powoduje krótki, lecz bardzo intensywny "haj", kończący się "zjazdem" i gwałtownym pożądaniem kolejnej dawki.

 

Crack osiągnął sukces niczym McDonalds - dzięki temu, że był tani. W końcu aby kokaina, ten narkotyk gwiazd rocka i milionerów stała się popularna wśród przeciętniaków, musiała stać się dostępna cenowo. Więc ktoś wynalazł crack. Przepis śmiesznie prosty. Trzeba było wziąć kilogram kokainy, proszek do pieczenia, wodę, zmieszać i powoli podgrzewać w garnku. Rosło jak ciasto, które potem dzieliło się na wiele, wiele działek. Na kawałki po 10 dolarów, po 5 dolarów, po 3 dolary i po dolarze. Odpowiednia denominacja dla każdego klienta na jego kieszeń. I oto miałeś z jednego kilograma kokainy cały worek z wieloma kilogramami cracku. Na takim towarze można zarabiać nawet w getcie.


- Tak zaczęła się era cracku - opowiada Hodari - Nikt oczywiście wtedy nie wiedział, że zaczyna się jakaś era. Każdy postrzegał crack jako tanią wersję kokainy, czyli jakiś cudowny wynalazek. W tamtych czasach, zawsze gdy była impreza, poniewierały się lusterka i towar podzielony na kreski. To było jak piwko z kolegami, nic takiego. I ludzie myśleli, że crack będzie tym samym, tylko za tanie pieniądze. Mylili się. Nie wiedzieli, że crack błyskawicznie i bardzo silnie uzależnia. Że ludzie uzależnieni będą zdolni do wszystkiego, aby zdobyć pieniądze na następną działkę. Kraj ogarnęło szaleństwo.


Ci wszyscy zwykli Amerykanie - nauczyciele, pracownicy poczty, robotnicy, aż po nastolatków ze szkoły średniej i rzesze bezrobotnych z dzielnic nędzy - rzucili się na nowy towar jak na świeże bułeczki. I spróbowali. I się spodobało. I sami nie zauważyli, kiedy nie mogli już z nałogu wyjść. Ci ludzie przenigdy chwytając po raz pierwszy za crack nie spodziewali się, jakie to będzie niosło konsekwencje. Rząd zamiast zrobić badania i pokazać ludziom fakty, koncentrował się na robieniu paniki, a to tylko wyobcowało środowiska użytkowników. Zorientowali się zbyt późno, że jadą na bilecie w jedną stronę. To było całe pokolenie stracone dla cracku.

W mediach przerażano rezultatami. Kobiety prostytuujące się za jedno zaciągnięcie dymem. Noworodki urodzone z uzależnieniem od cracku. Rabunki i rosnąca lawinowo przestępczość. To samo działo się w gettach wszystkich wielkich miast.


A tymczasem gangsterzy robili na tym wszystkim miliony.

 

 

 


"Freeway" rozkręca biznesy

 

Na początku lat 80. dwóch biznesmenów z Nikaragui mieszkających w Los Angeles przyszło do Ricka Rossa, młodego Murzyna pracującego w ich warsztacie samochodowym. Wiedzieli, że chłopak mieszka w osławionej działalnością gangów dzielnicy South Central, mógł więc im być może pomóc w pewnej delikatnej sprawie.


Powiedzieli mu:

- Posiadamy dostęp do wielu ton czystej, kolumbijskiej kokainy za tanie pieniądze. Czy pomożesz nam ją sprzedać i zamienić w gotówkę?


To nie byli zwykli Latynosi handlujący narkotykami. Obaj Nikaraguańczycy byli powiązani z prowadzącą wojnę domową w ich kraju bojówką Contras. Działali jednocześnie na rzecz kilku agentów CIA prowadzących tajną operację na rzecz pomocy Contras. Rząd amerykański nie chciał wspomagać zamieszanej w palenie wiosek bojówki. Plan był prosty: CIA miało potajemnie wozić ze Stanów broń dla Contras, a samoloty miały wracać do Stanów (tym bardziej potajemnie) z ładunkami kokainy. Bezpieczeństwo całkowite - nikt przecież nie ośmieliłby się kontrolować samolotów agencji wywiadowczej, tym bardziej że korzystała ze swoich tajnych lotnisk. Plan wydawał się idealny, a jedyne czego brakowało to pośrednika ze świata przestępczego, który puściłby te wszystkie tony kokainy na rynek.


Szczegóły tej tajnej operacji CIA, którą trzymano w tajemnicy nawet przed rządem, miały wyjść na światło dzienne dopiero po latach, a większość zaangażowanych w nią ludzi uniknęło odpowiedzialności.


Tymczasem dzień spotkania w warsztacie samochodowym można uznać za rozpoczęcie ery cracku w Los Angeles.


- Wyobraź sobie - mówi Hodari. - przychodzisz z taką propozycją do dzieciaka, który nie ma nic. 20 lat, jakaś praca w warsztacie samochodowym, mieszka w getcie; i słyszy o tych tonach kokainy. Nikt kto nie jest głupi by się nie zastanawiał. Rick Ross głupi nie był. Więc ruszył w ten biznes i wkrótce zaczął kręcić miliony.


Rick Ross stworzył system dystrybucyjny kokainy działający przez wiele lat na całym zachodnim wybrzeżu USA, przez wszystkie lata ery cracku. Oficjalnie mówi się, że Rick Ross zarobił około 600 milionów dolarów w ciągu swojej kariery.

 

 

Rick Ross pseudonim "Freeway" - ur. 1960. Jeden z największych i najsłynniejszych handlarzy narkotyków w USA. Był przez lata 80. pośrednikiem sprzedającym kokainę m.in. kartelu Medellin gangom Crips i Bloods w Los Angeles i wielu miastach w całej Ameryce. Aresztowano go dopiero w połowie lat 90. Skazany początkowo na dożywocie, po apelacji i złagodzeniu kary za dobre sprawowanie wyszedł ostatecznie w 2009, po 13 latach spędzonych za kratami.


Ciekawostką jest, że gdy Ross kończył szkołę średnią, mógł otrzymać stypendium na uniwersytecie z uwagi na wybitne wyniki w sporcie. Wtedy jego życie prawdopodobnie zupełnie inaczej by się potoczyło. Stypendium cofnięto, gdy okazało się, że Ross nie umie czytać ani pisać. Jednocześnie jest matematycznym geniuszem. Jego test ilorazu inteligencji przeprowadzony już po aresztowaniu wykazał wynik 200, maksymalny na skali.

 


Compton: Witajcie na froncie


- Gdy byłem jeszcze dzieciakiem i zaczynałem w gangu, mieliśmy jeden rewolwer kalibru .38. Pożyczaliśmy go sobie na akcje. Mieliśmy jeden rewolwer na cały gang, wyobrażasz to sobie? - śmieje się Hodari.

Ulice Compton

 


- Ale gdy tylko zaczęliśmy handlować crackiem, to jakby z nieba zaczęły spadać worki pieniędzy - kontynuuje. - Setki tysięcy dolarów, a potem miliony. Zaczął się szał. Dzieciaki zaczęły kupować najlepsze ciuchy, obwieszać się biżuterią, kupować nie jakiś śmieszny sześciostrzałowy rewolwer tylko najlepszą, najdroższą i najbardziej śmiercionośną broń, jaka wpadnie w ręce.


Do tej pory miałeś w dzielnicach gangi, ale to były gangi dzieciaków, żadnej siły ani wpływu na sytuację, bo te gangi nie miały pieniędzy. Jakiś handelek marihuaną, nic większego, ale gdy te tony kokainy weszły na ulice, zaczęły generować ogromną forsę. Crack był sprzedawany masowo młodzieżowym grupom, aby go rozprowadzały. Biznes ogarnął całe slumsy L.A. Masz dzieciaki po 10-11 lat, pracujące dla lokalnego dilera, które robiły teraz 200-300 dolarów przez nockę. I te starsze, bardziej doświadczone, które robiły tysiące dolarów w każdą noc. I ta cała forsa szła taśmowo, przez cały łańcuch pośredników, i każdy z nich zarabiał krocie.


To były tony pieniędzy, których nigdy wcześniej nie widziano w tych dzielnicach. Miałeś kolesiów, którzy nic nie robili, tylko jeździli po ulicach swoimi nowymi bentleyami i rollsami, wieczorami leźli do klubów nocnych i wywalali tam 15-20 tysięcy dolarów w jeden wieczór, pieniądze po prostu nie były żadnym problemem.


I jednocześnie takiego interesu trzeba było pilnować. Więc w ich rękach zaczęły pojawiać się AK-47, Uzi i granaty. Wszystko, co pieniądze mogą kupić. A że gangi ciągle rosły, więc okazji do użycia nowych zabawek miało od tej pory nie brakować.

 

(...)

 


Z bronią pod bokiem

 

Jedziemy przez ulice Compton. Małe domki z oknami chronionymi przez kraty. Liczne kościoły i równie liczne sklepy monopolowe, otoczone klientelą. Centrum życia miasta to "Compton Fashion Center", obskurne centrum handlowe, dla mieszkańców odwieczny symbol obfitości i bogactw, miejsce przewijające się regularnie na klipach raperów.


- Żyłem tu w tych czasach - Hodari wraca z opowieścią w erę cracku. - Nie byłem aniołkiem. Byłem tu przez te lata i sprzedawałem prochy. Zacząłem sprzedawać w detalu, na ulicy. I dotarłem do pułapu, na którym robiłem pojedyncze interesy na milion dolarów.

Był taki budynek w dzielnicy, prawdziwa forteca. W środku siedzieli handlarze, a wszystkie okna i drzwi były zamurowane i zaśrubowane blachą. Ludzie schodzili po linach. Jedyny kontakt od ulicy to były dwie dziurki w murze - jedna, żeby wkładać szmal, drugą wypadał towar. Kolejka narkomanów stała całą dobę.

 

Typowa zabudowa mieszkalna w Compton


Ale te czasy to nie była zabawa. Codziennie na tych ulicach odbywały się strzelaniny. Jak jeździłem samochodem, zawsze miałem broń pod ręką, bo nigdy nie wiedziałeś, kiedy twoi wrogowie pojawią się przed maską. Ludzie strzelali się ciągle. Im większy gang, tym kontrolował większe terytorium. Im gang robił więcej pieniędzy, tym bardziej ulice robiły się szalone.


Więc z jednej strony dzielnica miała pieniądze i każdy coś z tego urwał, z drugiej strony skala przemocy była nieprawdopodobnie wysoka. Dzielnica płaciła cenę w liczbie zabitych ludzi.

 

A policja? Policjant zarabia około sześćdziesięciu tysięcy dolarów rocznie. Tymczasem od tej chwili policjant, który zdecydował się sprzedawać informacje mafiosom i robić dla nich zlecenia, mógł zarabiać już sześćdziesiąt tysięcy dolarów, ale na tydzień. Wielu się na to łapało. A inni? Bezradni wobec rosnącej lawinowo przestępczości przekraczali granice przepisów.

Policja działała ostro, ale nie zahamowało to przemocy, a tylko ją zwiększało. Do pracy w Los Angeles sprowadzano wielu policjantów z południowych stanów, gdzie wciąż panowały rasistowskie tradycje. Próbujesz ucieczki przed policją? Lepiej, aby ci się udało. Bo jeśli cię dorwą, to skatują tak, że wylądujesz w szpitalu na długie tygodnie z połamanymi nogami i żebrami. Mogłeś być nawet pobity na śmierć, nikt się tym nie interesował - wypisywali formularz - "opór przy aresztowaniu" i sprawa zamknięta. Wjeżdżali do dzielnicy, wkładali do bagażnika gościa np. z Bloodsów, i wypuszczali go w środku dzielnicy Cripsów. Wiedzieli, że ten gość nie ma szans przebiec dwóch przecznic, nim go zabiją. Było wielu takich, których widziano jak są wsadzani do radiowozu i nikt nigdy więcej o nich nie słyszał. To była wojna. Im większa była policyjna brutalność, tym większa była też zaciekłość gangów. W końcu wtedy wiedziałeś, że nie masz już nic do stracenia. Dopiero po latach rząd spostrzegł, że ta taktyka nic nie daje. Obecnie dużo się zmieniło. Policja jest pod kontrolą, w każdym radiowozie jest kamera, a funkcjonariusze są dużo bardziej profesjonalni.

Era cracku ze wszystkimi swoimi demonami, tak czy owak się zakończyła.

 

Liczbę ofiar śmiertelnych wojen gangów ery cracku w Los Angeles ocenia się na 15-17 tysięcy ludzi.

 

Lecz to były czasy, gdy pieniądze były wszędzie, a życie nie znaczyło nic. Moje czasy. Groźne, ale i wesołe.


Miałeś takie miejsce jak Jungles w Watts. To była ojczyzna jednego z najbardziej agresywnych odłamów gangu Bloods. Stali grupami na każdym rogu, często z bronią na wierzchu. W latach 90. policja prawie nigdy tam nie wjeżdżała. Gdy wjeżdżała, to w 10-15 samochodów. Gangi wystawiały młodych, którzy ostrzeliwali gliniarzy z dachów z broni maszynowej. Do tej dzielnicy mogłeś przyjechać i kupić sobie co chciałeś: dowolny rodzaj broni, narkotyki w każdej ilości. Mówiłeś - proszę 10 kilo kokainy, galon PCP, 50 kilo marihuany, bez problemu.

 

Jungles - fragment filmu "Dzień próby", w którym filmowcy pokazali to miejsce w złagodzonej formie:

 

 


 

 

 

A teraz czy wiele się zmieniło w Jungles? No cóż. Dwa tygodnie temu ekipa z programu CA Sight Show przybyła, aby kręcić tu jeden ze swoich odcinków. Ale nie zadbali o otrzymanie pozwolenia od gangu. Zamknęli produkcję i uciekli, gdy ktoś opróżnił w ich kierunku cały magazynek. Nie przyjeżdżasz do Watts i nie zaczynasz kręcić sobie programu ot, tak.

 

 

Bilans


- Porachunki między gangami przechodziły praktycznie bezkarnie - przyznaje Hodari. - przypuśćmy: zatrzymujesz się na światłach i widzisz na rogu gościa z Cripsów. Jest środek dnia, a wkoło ze stu potencjalnych świadków. Wyciągasz spluwę, którą masz zawsze pod ręką, rozglądasz się czy nie ma radiowozów w pobliżu, po czym otwierasz okno i wygarniasz ile wlezie! Potem szybka zrywka i sprawa zapomniana. Policja będzie potem przez pół dnia jeździć w kółko i przez megafon nawoływać - jeśli ktoś coś widział, prosimy zadzwonić do wydziału zabójstw. Ale nikt nie zadzwoni. Nikt nie pójdzie do policji i do sądu opowiadać co widział, bo prawdopodobnie następnego dnia sam skończyłby martwy. To niepisane prawo getta.


Samo Compton miało w latach 90. około 300 morderstw związanych z gangami każdego roku. Zwykli ludzie wstawiali kraty w okna i wzmacniane płyty w drzwi. I gdy słońce zachodziło, ryglowali się w swoich mieszkaniach i nie wychylali nosa. Wyłącznie gangsterzy i narkomani rządzili nocami. Wielu ludzi wolało spać na podłodze niż na łóżku, bo często w trakcie strzelanin pociski z kałasznikowów przebijały się przez ściany i trafiały przypadkowe ofiary. Niejeden koleś zginął oglądając sobie telewizję, gdy jakaś kula wpadała przez ścianę i przeszywała mu głowę.


To się zresztą dzieje i dziś. W zeszłym tygodniu siedmioletni dzieciak zginął od rykoszetu, gdy banda gangsterów ostrzelała dom, w którym mieszkał z rodziną. To wciąż się dzieje, ale nie na skalę, na jaką działo się kiedyś.


- Kto najlepiej wyszedł na tamtych latach? - uśmiecha się Hodari ironicznie. - Prawdopodobnie był to elegancki starszy pan - Adams. Właściciel zakładu pogrzebowego na ulicy Palmer. Robił tyle pogrzebów, że zbił na tym majątek. Zrobił biznes niczym Mcdonalds albo Burger King. Tanio, dobrze i masowo. Klientów nie brakowało.


Hodari wyciszył się, posmutniał.


- Wielu z twoich przyjaciół skończyło w jego karawanie?


- Większość z nich.

 

Zakład pogrzebowy Adamsa w Compton, w którym kończyła się większość gangsterskich karier

 

 


Obecnie liczbę członków gangów w okręgu Los Angeles ocenia się na 120-140 tysięcy osób. W ostatnich latach liczba członków gangów spada, ponieważ po zakończeniu "ery cracku" rynek narkotykowy przynosi mniejsze profity.


Swoistą pozostałością ery cracku jest Skid Row - dzielnica bezdomnych, w większości narkomanów, w samym centrum Los Angeles. Niemal pod wieżowcami wielkich korporacji koczuje tam w prowizorycznych namiotach kilka tysięcy osób. Skid Row oddalone jest kilkanaście minut jazdy od słynnego Beverly Hills.

 

 

Łukasz Czeszumski

Opowieść - Hodari

Los Angeles 2014

 

 

 

Książka Łukasza Czeszumskiego Biały Szlak. Reportaże ze świata wojny kokainowej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KONTAKT: lukasz@czeszumski.com

CZESZUMSKI.COM - Łukasz Czeszumski Reporterskie Portfolio. CL media. Wszelkie prawa zastrzeżone.