Łukasz Czeszumski
ZŁOTO ZUCHWAŁYCH. BORNEO

 

Long Bagun, wioska w sercu indonezyjskiego Borneo. Co kilka dni dopływa rzeczny statek z wybrzeża, tysiąc kilometrów dalej, to jedyna łączność z cywilizacją. Sypiące się byle jakie chałupy pobudowane nad brązową wodą rzeki Mahakam. Kilka wąskich uliczek, nieprzyjazne spojrzenia miejscowych, bandy głodnych dzieciaków i jeszcze głodniejszych psów. Zadupie świata.

 

....Zadupie świata, ale satelita musi być...

 

Johnny zjawia się w Long Bagun regularnie, po zapasy jedzenia i papierosów. John nie widzi sensu kupowania drogich papierosów i pali tylko najtańsze "nacjonale" (sprzedawane spod lady, dopiero od niego dowiedziałem się że takie istnieją), paczka za 3 rupie. Ja specjalnie nie palę, ale po dniu w dżungli zainteresuje mnie ten nałóg. Powód prosty - w kopalni to jedyna możliwa rozrywka. 

Wleczemy paczki z zakupami i kanistry z paliwem do rzeki, po czym ładujemy na łódkę. Brodaty właściciel za 5 rupii transportuje nas na drugi brzeg rzeki. Tam powitanie i herbatka u kilku żołnierzy, pół godziny rozmów o niczym. "Mój kuzyn jest tu pułkownikiem" - chwali się Johnny gdy wychodzimy i przytwierdzamy zakupy do motocykla - "to dużo znaczy, dużo pomoże gdy ma się dobre złoże. Znać ludzi z wojska to podstawa bezpieczeństwa". 

Wsiadamy na motocykl. Dalej nie ma żadnych wiosek. Jest wyboista droga zrobiona przez buldodżery, prywatny trakt firmy drzewnej. Prowadzi do tartaku kilkadziesiąt kilometrów dalej i tam się kończy. Johnny korzysta z niej do komunikacji ze światem. Jedziemy na motorku 17 kilometrów, powoli i ostrożnie. Podjazdów na wzgórza nie wytrzymuje silnik motoru obciążonego dwoma ludźmi i zakupami, wtedy zeskakuję i wbiegam pod górę za nim. 

 

 

John pochodzi z Balik. To miasto to taki mały indonezyjski Kuwejt. Balik żyje z ropy i żyje z niej dobrze. Każdy zarabia tam przynajmniej 10 średnich krajowych, ma dom z klimatyzacją i basenem, i jeśli nie jeździ mercedesem, to jest uznawany za dziada. Standardy mocno wysokie jak na kraj, w którym 80 milionów ludzi żyje za mniej niż dolara dziennie (a większość jest bardzo zadowolona, gdy stać ich na codzienną miskę ryżu). A Johnny mieszkał w Balik, do tego miał wykształcenie, żonę, dzieci, dobrą pracę w międzynarodowej firmie. Krawat, garnitur, codzienne użeranie się z klientami. Po latach awans i przeniesienie na placówkę w Jakarcie. Zderzenie z wielkim miastem przelało czarę goryczy, która zbierała się od lat. Rzucił tą pracę i postanowił poszukać szczęścia. Zrobić to, o czym marzył od dawna. 

Szukać złota w dżunglach Borneo.

- Kupiłem maszyny, zatrudniłem geologów do analiz - opowiada kilka godzin potem, gdy po kolacji, nocą siedzimy przy stole, patrzymy na gwiazdy i palimy, a wkoło gra dżungla - było ciężko, szczególnie na początku. Warunki parszywe, długo zajmuje przyzwyczaić się do nich. Na początku zatrudniłem ośmiu ludzi. Potem mniej, a w końcu okazało się, że dwóch ale konkretnych wykona tą samą pracę lepiej i bez tyle gadaniny. Żona i dzieci są w Balik. Odwiedzam ich gdy mogę, oni byli tu w zeszłym roku. Synek ledwie mnie poznał. Dziwił się - "tatusiu jak możesz żyć tak, w dżungli?"

 

Kopalnia Johnnego z łazienką na pierwszym planie:


 

- Nie zamieniłbym tego na nic innego, bo to jest prawdziwe życie. Wolność i natura. Bycie panem swojego losu.  Tu wszystko jest na swoim miejscu, tak jak ma być. Stałem się tu innym człowiekiem. Chociażby silniejszym. Gdy tu przyjechałem, ciągle chorowałem. Raz wiatr zawiał, i już przeziębiony. Teraz siedzę sobie na deszczu godzinami, wyjdzie słońce to wysycham, nic mi nie jest. 

Jego dzieło to niewielka kopalnia złota, w środku dziczy, ekstraktują minerał za pomocą rtęci. Sporo takich kopalni na uboczach świata, w różnych półdzikich miejscach, w górach i dżunglach Peru, równinach Wenezueli, brazylijskiej Amazonii, na Borneo. Czy w Hondurasie, gdzie kopał złoto nasz znany Tony Halik. Prosta infrastruktura daje minimum komfortu (dziura w ziemi - ubikacja, wiadro z wodą - prysznic, garnek nad ogniskiem - kuchnia), magazyny na sprzęt i jedzenie; Najważniejsze elementy to wiertnia oraz młyn, one umożliwiają pracę kopalni. Wiertnia to po prostu wiertarka wielkiej mocy, z potężnym wiertłem które może przebijać skałę. Młyn to dwa potężne żelazne bębny połączone pasami transmisyjnymi ze spalinowym silnikiem. Kręcą się non stop, krusząc skałę na piasek, który mieszany z wodą i rtęcią oddaje drobinki złota. Jeśli na tonę skały jest więcej niż kilka gram złota, to jest dobrze i kopalnia jest wydajna.

Wchodzimy w głąb szybu. Oglądamy złotą żyłę, kilka-kilkanaście centrymetrów szerokości. Korytarz idzie jej śladem.

Na razie kopalnia daje kilkanaście gramów złota dziennie. "Ta żyła to gałąź" - mówi Johnny - "prowadzi prawdopodobnie do głównej żyły, która idzie w środku góry. Musimy wbijać się w skałę ręcznie, ale już za miesiąc-dwa dotrzemy do niej. Wiesz, co to główna żyła? Można z niej wydobywać 2 do 5 kilogramów złota dziennie. Wtedy obsadzę wszystkie okoliczne wzgórza wojskiem. Komendant, który zna mojego kuzyna pułkownika da mi ludzi, jak tylko będą pieniądze. 

Wszyscy czekają na moment, gdy góra zacznie dawać kilogramy złota.

 

(...)

 

Inżynier

 

Rankiem przybywa "Inżynier" z żoną. I on i ona są grubi, co jest w tym kraju oznaką bogactwa, wręcz prestiżu. Inżynier to właściciel jednej kopalni, na której tak się wzbogacił, że teraz sprzedaje wszystkim rtęć i skupuje złoto. Zaczynał od dwóch ludzi i jednego kilofa. Trafił na potężne złoże, i dziś jest chyba najbogatszym człowiekiem stąd do wybrzeża. Próżniacy z wioski patrzą na niego z zazdrością. Dżungla jest pełna złota i diamentów, ale mieszkańcy Long Bagun całymi dniami nic nie robią, wolą leżeć i narzekać. Za to są zawistni wobec poszukiwaczy, szczególnie tych, którym się udało.

Inżynier jest wyniosły niczym paw, co częste u ludzi którzy znikąd zyskali wielką pozycję i już zapomnieli, od czego sami zaczynali. Przyjechał, żeby skupić od Johna najnowszy urobek, a przy okazji, John chce, żeby guru poszukiwaczy rzucił okiem na obiecujące złoże.



Interesy ze złotem robi się uważnie ale bez kas fiskalnych




Inżynier zjada z apetytem swój chyba trzeci tego dnia obiad. Potem demonstracyjnie rozkłada telefon satelitarny Thuraya i łazi po całym obozie z niezadowoloną miną, próbując złapać sygnał. W końcu mu się to udaje. Rozmawia z brokerem w Jakarcie, dowiadując się o dzisiejszą cenę złota na giełdzie. Rozlicza się z Johnem. Zaglądam przez ramię Inżynierowi do notesu, w którym zapisuje on swoje rachunki. Od ilości zer przy sumach w głowie się może zakręcić.


 

Nocą, gdy praca jest skończona dżungla nad nami rozbrzmiewa swoimi odgłosami a gwiazdy świecą jasno i już rozumiem w pełni słowa Johnnego, że "to jest prawdziwe życie". 

 

 

 

Łukasz Czeszumski, Samarinda 2008

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KONTAKT: lukasz@czeszumski.com

CZESZUMSKI.COM - Lukasz Czeszumski Reporterskie Portfolio. CL Media. Wszelkie prawa zastrzeżone.