Łukasz Czeszumski
ARAUKA. WOJNA O ROPĘ

 

Eksplozje rurociagów, zrujnowane osady, powszechny terror to rzeczywistość najbardziej zasobnej w złoża ropy prowincji Kolumbii.

Reportaż był opublikowany w tygodniku Polityka (13/2007)

 


20 lat temu Arauka była tropikalnym rajem. Jednym z tych miejsc, w których nigdy nie dzieje się nic, a jednak to w takim miejscu każdy chciałby doczekać spokojnej starości. Chłopi z malutkich osad w pocie czoła karczowali dżunglę pod swoje uprawy, a w interiorze indiańskie plemiona wciąż oddawały cześć duchom dżungli.

W Saravenie, największej wsi regionu, głównymi sprawami dla policji były awantury rodzinne. Nudzący się policjanci, rozebrani do pasa i zostawiając broń w komisariacie, grali na centralnym placu w piłkę z nastolatkami ze wsi.

W roku 1983 w Cańo Limon w samym środku Arauki odkryto złoża ropy.

Wkrótce wybudowano rurociąg, i rozpoczęto wiercenia.

Wraz z ropą do Arauki wkroczyła wojna.

 


PŁONĄCY RUROCIĄG

 

Konstrukcja 770-kilometrowego rurociągu prowadzącego z głębokich dżungli na wybrzeże karaibskie kosztowała ponad miliard dolarów. Inwestycja nie mogła się nie opłacić, bo Cańo Limon oceniono na jedne z najbogatszych pól naftowych świata – liczące 1.3 miliarda baryłek ropy.

Rurociąg budowała niemiecka firma konstruktorska. Partyzanci z ugrupowania ELN uprowadzili 3 inżynierów. Porwanych uwolniono za 2 miliony dolarów okupu, a dodatkowe 18 milionów kosztowało firmę zezwolenie partyzantów na dokończenie budowy.

Wydobyciem zajęła się amerykańska firma naftowa Occidental Petroleum - w - skrócie Oxy w joint venture z kolumbijską spółką państwową Ecopetrol. Przez rurociąg popłynęło 200 tys baryłek ropy dziennie. Stanowiło to 35% całkowitej produkcji ropy w Kolumbii. Ilość gigantyczna – to tak, jakby napełniać 250 wielkich cystern każdego dnia.

Od początku Oxy i jej instalacje były celem ataków FARC i ELN, głównych kolumbijskich grup partyzanckich. Komunistyczna guerilla określa multinarodowe firmy jako swojego głównego wroga, który eksploatuje bogactwa Kolumbii.

Miedzynarodowe korporacje w Kolumbii są regularnie ofiarami ataków bombowych, zamachów i wymuszeń, a ich pracownicy są porywani dla okupu. Często akty terroru są „kartami przetargowymi” w negocjacjach o wysokość haraczy. W zamian za pieniądze partyzanci chętnie odstepują od walki o swoje ideały.

 

 

Według politologa Nizaha Richaniego z holenderskiego instytutu stosunków międzynarodowych Clingendael (w publikacji „The Interface Between Domestic and International Factors in Colombia’s War System”) w Kolumbii w przeciągu ostatnich dekad nafciarze sfinansowali 20-40% dochodu partyzanckich grup terrorystycznych. Sumę tę tworzą okresowe haracze oraz okupy za porwanych pracowników. Jeden z dyrektorów Oxy zostal uwolniony za rekordową zapłatą 6 milionów dolarów.

Bywają i sytuacje odwrotne, gdy to firmy naftowe tworzą oddziały zbrojnie zwalczające dywersję. Tak było w pólnocnokolumbijskim Puerto Boyaca, gdzie w latach 80. Texaco współfinansowało miejscowe paramilitarne szwadrony śmierci. Z kolei w roku 1998 kolumbijski dziennik El Espectador oraz brytyjski Guardian ujawniły, że firma BP sprowadziła do Kolumbii najemników, którzy szkolili potem miejscową policję, inspirując ją jednocześnie do brutalnych działań wobec miejscowej ludności.

Od początku działalności w 1986 rurociąg Cańo Limon był wysadzany w powietrze przez rebeliantów ponad 900 razy, i niezliczoną ilość razy dziurawiony z broni maszynowej. Nie pomogło nawet wkopanie go na całej długości w ziemię. Eksplozje spowodowały wyciek kilku milionów baryłek ropy, która zatruła grunty i rzeki w całej północnej Arauce. W 1998 roku w pożarze po ekspozji nad rzeka Pocune spłonęła cała indiańska wioska. Zginęły 73 osoby, w tym 36 dzieci.

Indianie U’wa są grupą etniczną, która od lat broniła się przeciw wierceniom w swoim rezerwacie. W roku 1999 do jednej z ich wiosek przybyło 3 amerykańskich ekologów. Chcieli oni pomóc Indianom w walce przeciw Occidental Petroleum, organizując akcję protestacyjną i procesy sądowe w USA. Ekologów porwali partyzanci z FARC, wywieźli ich do dżungli, zawiązali oczy i rozstrzelali. FARC zależało na nowych wierceniach Occidental, bo te oznaczały większe zyski z wymuszeń.

W roku 2001 przestoje spowodowane atakami bombowymi zablokowały linię na 7 miesiecy. Każdy dzień przestoju kosztował firmę 100 tys. dolarów, a w dżunglę wsiąkła ropa wartości 75 milionów dolarów. Straty Kolumbii z powodu nie ściągniętych podatków wyniosły 2% budżetu państwa.

Occidental stanęło przed koniecznością zaprzestania działalności w Kolumbii. Na pomoc przedsiebiorstwu ruszył jednak amerykański rząd. Arauka stała się od 2003 jednym z frontów amerykańskiej „wojny z terroryzmem”. Waszyngton wysłał do Kolumbii doradców z sił specjalnych i 98 milionów dolarów w helikopterach i broni dla specjalnej brygady kolumbijskiej armii stworzonej specjalnie po to, by chronić rurociąg. Tak zaczęła się wojna absolutna o Araukę.

Kolumbijski prezydent Alvaro Uribe wysłał w rejon dodatkowe bataliony wojska i policji, i ogłosił go „Specjalną strefą bezpieczeństwa”. Na tym terenie prawa obywatelskie zostały ograniczone, a armii przyznano uprawnienia do czynienia „wszystkiego, co pozwoli pokonać terroryzm”.

 

 

 


MIASTO BOMBA

 

Saravena ma wśród zagranicznych dziennikarzy przydomek kolumbijskie Sarajewo, z kolei miejscowi nazywają to miasto Sarabomba. Ta niegdyś sielska wioska to teraz zmilitaryzowana forteca w samym środku araukańskiego piekła.

Centrum zrujnowane eksplozjami bomb zostało odgrodzone od reszty miasta betonowymi zaporami, by uniemożliwić wjazd samochodom-pułapkom. Jedynym stojącym pośród tych ruin budynkiem jest otoczony workami z piachem komisariat policji. Uzbrojeni po zęby, okutani w kamizelki kuloodporne i hełmy żołnierze patrolują okolicę w dzień i w nocy. Major Cabezas, szef policji w mieście mówi, że i tak jest o wiele bezpieczniej, niż jeszcze rok temu:

- Ostatni atak był w lutym, przypomina sobie - Nic poważnego. Rzucono w komisariat granatem, nikt nie zginął.

Rzut granatem w miejscowych warunkach rzeczywiście nie jest niczym godnym uwagi. Obok komisariatu straszą gruzy starego urzędu miejskiego, w który wjechała w roku 2004 ciężarówka wyładowana dynamitem.

- Partyzanci są wszędzie – twierdzi major Cabezas – Nie tylko w dżungli, ale i w samym mieście, zmieszani z populacją cywilną. Widać ich dopiero, jak decydują się atakować. Pojawili się w Arauce, gdy pojawiła się ropa. Ta prawidłowość jest znana w całej Kolumbii. Gdzie jest pieniądz, tam można rabować. Oni dawno zatracili swoją ideologię, ich jedyny cel to pieniądze, wymuszane od firmy naftowej.

Rebelianci unikają otwartych starć. Jeśli już do nich dochodzi, to ich ulubioną bronią, są „cylindry”. 20-kilogramowe butle wypełnione propanem-butanem, otoczone laskami dynamitu i obklejone paczkami gwoździ i śrób. Wystrzeliwuje się je niczym armatnie kule ze stalowych rur. Celność tej broni jest kiepska, lecz siła niszcząca zatrważająca. Cylinder trafiając w cel potrafi całkowicie zrujnować kilkupiętrowy dom.

Partyzanci z upodobaniem uderzaja w populację cywilną. Zginąć w Arauce można nie tylko za to, że jest się pracownikiem firmy naftowej, policjantem, żołnierzem, czy jako przypadkowa ofiara bomby. Zabijany jest każdy, kto ma coś wspólnego z władzami: żony i dziewczyny żołnierzy, a nawet osoby podejżewane o jakikolwiek kontakt z wojskiem. Ludzie w Saravenie mówią, że wystarczy zamienić kilka zdań ze stojącymi koło drogi żołnierzami, by być przez guerillę uznanym za informatora.

 

 


PIENIĄDZE, KTÓRYCH NIE MA:

 

Dzięki ropie Arauka jest jednym z najbogatszych departamentów Kolumbii. Biorąc pod uwagę ceny ropy na rynku światowym (blisko 100 USD za baryłkę) przez Cańo Limon przepływa codziennie do 10 milionów dolarów. Jednak ktoś kto tu przyjedzie zastanawia się, czy chociaż ułamek procenta z tej sumy jest inwestowany w rejon wydobycia.

Infrastruktura w Arauce nie wydaje się lepsza, niż przed odkryciem złóż. Drogi Arauki wciąż nie są asfaltowane, nie ma szpitali, sprawnych wodociągów, i to nie dlatego, że zniszczyły je bomby, ale ponieważ nigdy ich nie wybudowano. Chaty w wiekszosci wiosek składają się z kilku żerdzi i dachu z pordzewiałej blachy. Poziom życia większości mieszkańców jest przerażająco niski.

Kolosalne zyski z wydobycia ropy idą do Stanów Zjednoczonych oraz budżetu Kolumbii. Fundusze przeznaczone na rozbudowę infrastruktury znikają z kas lokalnych władz. Każdy burmistrz miasta jest zmuszany do płacenia partyzanckim grupom haraczy z kasy publicznej. Niepokorni nie mają szans dożyć końca swojej kadencji. W miejscowościach najbardziej narażonych na partyzanckie ataki stanowiska władz miejskich pozostają wogóle nie obsadzone, nie ma na nie chętnych. W Arauqicie przez kilka lat nie było burmistrza, jego funkcjami sterowano z Bogoty.

Terroryzm odstrasza przedsiebiorców od inwestowania w Arauce. Paradoksalnie, mimo ogromnej koncentracji wojska i policji, zagrożenie przestępczością kryminalną jest bardzo wysokie. Napady z bronia, porwania i wymuszenia są codziennością.

Być bogatym lub chociaż zamożnym w Arauce to najprostszy sposób na problemy. Miesiąc wcześniej mieszkańcy miasta zorganizowali marsz protestacyjny przeciwko przemocy. Impulsem było porwanie 12-letniego dziecka w bramie szkoły przez partyzantów, aby zmusić rodziców do zapłacenia okupu. W tym blisko 60-tysiecznym mieście giną średnio 2 osoby dziennie.

Claudia Duran jest dyrektorem rozgłośni radiowej Sarare FM. Jej radio działa od 19 lat, czyli od kiedy mała wioska stała się dzięki ropie miastem, masakrowanym stopniowo przez coraz zajadlejszy terroryzm. Sarare FM stara się puszczać muzykę i wiadomości sportowe zamiast komentarzy politycznych. Partyzanci nie patyczkują się z dziennikarzami, których uznają za „sługusów rządu”.

W roku 2002 zastrzelono właściciela radia Meridiano z Arauki. Rok później przed wejściem do rozgłośni zabito jednego z redaktorów tego samego radia za to, że kontunuował misję swego szefa. Gdy rebelianci, a potem paramilitarni ogłosili czarne listy z nazwiskami 15 dziennikarzy z regionu, których skazują na śmierć, niemal wszyscy wymienieni na nich od razu wyjechali z Arauki. Tutaj takie groźby nigdy nie są gołosłowne.

- Jesteśmy społeczeństwem sterroryzowanym i pogrążonym w nędzy. – mówi Claudia Duran, która zwraca uwagę, że właśnie bieda i nierówności ekonomiczne panujące w rejonie są głównym powodem przemocy. – Bogota zamiast zająć się biedą, przysyła tu tylko coraz więcej armii. W Saravenie na jednego mieszkańca przypada dwóch żołnierzy. Ile pieniędzy rząd wydaje na to całe wojsko, czołgi, samoloty, bomby, podczas gdy w naszym mieście do dziś nie ma oświetlenia ulic, ani porządnego szpitala?

 


ARMIA OD PILNOWANIA RURY

 

Tuż za Saraveną jest jedna z baz słynnej 18 Brygady Armii Kolumbijskiej, stworzonej, aby zapewnić bezpieczeństwo rurociągowi Cańo Limon i granicy z Wenezuelą.

 

 

Pułkownik Cortes, szef batalionu „Ribeiz Pizarro” walczył chyba na wszystkich frontach wojny o ropę – w Tame, Fortul, Arauquicie i Saravenie.

Zaraz po przyjeździe usłyszał o sprawie porwania przez guerillę 3 braci, którzy byli szoferami. Każdy z braci był więziony osobno, i każdemu partyzanci powiedzieli, że musi poprowadzić ciężarówkę z materiałami wybuchowymi do celu: baz wojskowych, lub komisariatu policji. „Zginiesz w eksplozji, ale jeśli sprawisz się dobrze i zginie wielu żołnierzy, to wypuścimy wolno twoich braci” – powiedzieli partyzanci. Ale w rzeczywistości dali tą samą zachętę całej trójce, kierując ich tylko w inne punkty Arauki.

Pułkownik Cortes usłyszawszy tą historię zrozumiał, że przybył walczyć z przeciwnikiem, który jest zdolny do wszystkiego.

- Historia skończyła się tak, że jednego z braci zatrzymano w punkcie kontrolnym przy wjeździe do wioski Tame. Odkryto materiały wybuchowe, aresztowano go i tak się uratował. Tego samego dnia usłyszał w radiu o dwóch udanych zamachach z użyciem ciężarówek. Tylko on przeżył.

Pułkownik sypie jak z rękawa wojennymi anegdotami, a potem na swoim laptopie pokazuje prezentacje zniszczeń i ofiar. Zdjęcia zwalonych linii napięcia, jeziora wylanej z rozerwanych rurociagów ropy, cywile bez rąk i nóg urwanych przez wybuchy „cylindrów”, i najbardziej drastyczne – poćwiartowane odłamkami kilkuletnie dzieci.

Tłumaczy, jak partyzanci wysadzają rurociąg: wybierają miejsce gdzie ciężko będzie dotrzeć oddziałom wojska, rozkopują ziemię, zakładają bomby, a cały teren wkoło minują, aby utrudnić życie ekipie naprawczej.

- Ich główną strategią jest niedopuszczenie do rozwoju w regionie – mówi pułkownik, i na poparcie swojej teorii opowiada kolejną anegdotę – Schwytaliśmy kiedyś jednego z komendantów ELN. Powiedziałem mu: Nie będę cię pytał o to, gdzie są wasze obozy, ilu masz ludzi, czy gdzie ukrywacie broń bo wiem, że i tak mi nie odpowiesz. Chcę tylko zapytać o jedno: O co właściwie walczysz? Walczę w imieniu wsi i biedoty – odrzekł hardo. Więc pytam go: Co przez to rozumiesz? W jaki sposób twoja walka niby pomaga wsi? Gdy blokujecie drogi, podkładacie bomby, mordujecie, rabujecie, wstrzymujecie rozwój ekonomiczny, jak to niby pomaga biedocie? I odpowiedział mi tak: Właśnie o to chodzi. Jeśli Arauca się rozwinie, i biedni przestaną być biedni, to stracę powód do walki!

Na pytanie o przypadki łamania przez wojsko praw człowieka, pułkownik Cortes odpiera:

- Partyzanci nie mają mundurów. Zwykły chłop z wioski który przez cały dzień pasie krowy i karmi kury w nocy wykopuje karabin i granaty, spotyka resztę oddziału i idzie z nimi na akcję. Tymczasem gdy wojsko go choćby dotknie, zaraz oskarża się nas o łamanie praw czlowieka.

 


CHCĄ NAS UCISZYĆ

 

Ale obrońcy rurociagu oskarżani są o wiele cięższe przewiny, niż zabijanie nieumundurowanych rebeliantów. Świadczy o tym liczba dochodzeń, prowadzonych wobec 18 Brygady przez prokuraturę generalną. Zalicza się do nich okrucieństwa nie ustepujące tym dokonywanym przez partyzantów. Mordowanie cywilów przez żołnierzy zamaskowanych i przebranych za paramilitarnych, gwałty, rozstrzeliwanie wieśniaków w zemście za śmierć kolegów, zrzucanie bomb na wioski w których ukryli się partyzanci nie bacząc na ofiary cywilne.

Glówną organizacją pozarządową w Saravenie jest Fundacja Praw Człowieka „Joel Sierra”. Jest to luźne stowarzyszenie związkowców, nauczycieli, chłopów i Indian, grupy społeczne najbardziej dotknięte zarówno atakami partyzantów, jak i represjami władz. Członków fundacji łączy nieufność do poczynań rządu i nienawiść do Occidental Petroleum. Zamierzają wyrzucić tą firmę z Kolumbii za pomocą procesów sądowych przed międzynarodowymi trybunałami.

Siedziba Organizacji Socjalnych to budynek z potężną stalową bramą, teren przed wejściem obserwuje obiektyw kamery. Te środki są w Kolumbii normalne dla wszelkich organizacji zajmujących się prawami człowieka, gdyż takowe są atakowane przez każdą zbrojną grupę, którą odważą się krytykować. Za domniemane związki z FARC żołnierze zabili 3 liderów związkowych: Leonela Goyeneche, Alirio Martineza i Jorge Prieto. Sprawa ta stała się znana na całym świecie. Prokuratura do dziś bada okoliczności tej zbrodni.

Organizacje Socjalne odżegnują się od powiązań z grupami partyzanckimi.

- To, że myślimy inaczej niż rząd nie oznacza, że jesteśmy przedstawicielami FARC. Nie mamy z guerillą nic wspólnego – przekonuje Josue Castellanos, jeden z szefów organizacji.

- Firmy wydobywcze eksploatują dobra naszego regionu, nie dając nic w zamian. – twierdzi Josue – Siłą zawłaszczają cudze ziemie, używając swoich prywatnych armii. Zabójstwa liderów lokalnych społeczności są też z ich powodu, mimo że dokonywane rękami armii lub paramilitarnych. Wszystko czego chcą ludzie, to respektowanie ich prawa do życia i terytorium. Zanim nie odkryto ropy w Arauce, te tereny dla rządu jakby nie istniały. Żyliśmy sami dla siebie. Potem rząd wszedł z policją i armią, ale tylko po to, by zadbać o interesy Oxy i Ecopetrolu – dodaje Josue. – dla żołnierzy każdy mieszkaniec to potencjalny członek guerilli.

Rodrigo Roberto jest szefem stowarzyszenia chłopów z Tame, wioski najbardziej dotkniętej działaniami wojny. Pan Roberto opowiada o sytuacji w Tame, które z centrum agroprodukcji zamieniło się w jedno z najniebezpieczniejszych municypiów w Kolumbii:

- Tame od dzięsiecioleci było terytorium opanowanym przez guerillę. Partyzanci odbierali nam bydło, wszyscy musieli płacić im „podatek rewolucyjny”. Nie podobało się to nam, ale co było poradzić. Po wkroczeniu armii życie zamieniło się w koszmar. Partyzanci uciekli do dżungli, a we wsi zaczęły się represje, wszystkich ludzi z Tame uznano za kamratów guerilli tylko dlatego, że żyliśmy na terytorium jej wpływów.

- Osoby charyzmatyczne, jak nauczyciele, związkowcy, ludzie którzy mają posłuch na wsi są mordowani z zimną krwią – mówi Josue. - Armia i paramilitarni uznają ich za wrogów. Gdy oni mówią o szacunku dla ludzkiego życia, armia twierdzi, że uprawiają propagandę rebeliantów. Uciszają każdego, kto zbyt głośno mówi o niesprawiedliwości.

 

 

 


OSTATNI DZIEŃ WOJNY

 

Współczesny świat łaknie ropy jak pożywienia, i jest gotów płacić za nią każdą cenę, sprowadzać ją z każdego miejsca gdzie zostanie odkryta, nie oglądając się na konsekwencje.

Ale Claudia Duran z radia Sarare FM marzy o tym, żeby wróciły czasy z jej dzieciństwa, gdy Saravena była biedną wioską, w której policjanci grają na placu w piłkę z dziećmi. W Arauce ropa przyniosła ludziom tylko nieszczęścia. Nie powąchali ani grosza z milionów, które poszły w świat. Zamiast tego muszą życ pośrodku frontu wojennego. Zapytanych o przyszłość, wielu mówi:

- Marzymy o dniu, w którym skończy się ropa, bo to będzie ostatni dzień wojny.

 


Łukasz Czeszumski, Arauka październik 2006

 

 

 

Książka Łukasza Czeszumskiego Biały Szlak o wojnach narkotykowych w Ameryce Łacińskiej:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KONTAKT: lukasz@czeszumski.com

CZESZUMSKI.COM - Łukasz Czeszumski Reporterskie Portfolio. CL Media. Wszelkie prawa zastrzeżone.